Laura Osęka, psycholog: W naszej kulturze karmienie bliskich to wyraz miłości
Wielkanoc to czas spotkań z najbliższymi i wspólnych posiłków. Jak jemy w święta? Czy jesteśmy przywiązani do tradycji? Czy potrafimy zachować umiar? Dlaczego przygotowujemy zbyt wiele potraw i skąd w nas lęk przed niedostatkiem? - rozmawiamy z Laurą Osęką, psycholożką, psychodietetyczką, autorką książek kulinarnych, ekspertką Uniwersytetu SWPS.
Laura Osęka - psycholożka, psychodietetyczka, ekspertka Uniwersytetu SWPS.
Foto: Arch. prywatne
Czym jest dla nas jedzenie? To paliwo? Przyjemność? Rytuał? A może język miłości? Zdaniem Laury Osęki - jest wszystkim po trochu. - Oczywiście dostarcza nam energii i pozwala zaspokajać potrzeby fizjologicznie, ale w naszej kulturze to przede wszystkim najpotężniejszy regulator emocji - mówi ekspertka. - Pełni rolę sakralną, opartą na rytuałach, hedonistyczną - przez stymulację układu nagrody oraz komunikacyjną. Gotowanie dla kogoś to "opiekuńcza dominacja", język miłości tam, gdzie zawodzi werbalizacja - tłumaczy psycholożka i dodaje, że sprowadzanie jedzenia wyłącznie do roli źródła energii jest uproszczeniem.
Posłuchaj audycji Trójki:
W potrawach kryje się tożsamość i wspomnienia
- Jedzenie to nie tylko kalorie - to nasz osobisty kod kulturowy i emocjonalny zapisany na talerzu - podkreśla Laura Osęka. - Angażuje nas całkowicie tworząc w naszym mózgu, a konkretnie w układzie limbicznym, coś na kształt multimedialnego archiwum wspomnień - mówi i dodaje, że wystarczy jeden konkretny zapach - korzennego piernika czy palonego masła, aby bodziec smakowy przeniósł nas niczym wehikuł czasu prosto do kuchni babci, gdzie czuliśmy się bezwarunkowo bezpieczni. - Gotując potrawy według rodzinnych receptur, robimy coś więcej niż tylko posiłek: tkamy nić porozumienia z naszymi przodkami - tłumaczy ekspertka. - Ta kulinarna sztafeta pokoleń daje nam to, co bezcenne - niemal pierwotne poczucie przynależności - zaznacza i przypomina, że zmysł zapachu ma skróconą drogę do emocji. - Nerw węchowy jest jedynym zmysłem, który omija wzgórze, uderzając bezpośrednio w ciało migdałowate i hipokamp. To dlatego zapach szarlotki potrafi wycisnąć łzy wzruszenia szybciej niż najpiękniejsze zdjęcie z dzieciństwa - przyznaje psycholożka.
Osobne miejsce na deser
- Często jemy więcej niż potrzebujemy, ponieważ jedzenie jest najprostszym i najszybszym sposobem na regulację układu nagrody w mózgu poprzez wyrzut dopaminy - wyjaśnia Laura Osęka. - W sytuacjach stresu, nudy czy smutku sięgamy po jedzenie emocjonalne, traktując je jak "plaster" na trudne uczucia. Cukier i tłuszcz chwilowo obniżają poziom kortyzolu, dając iluzję ukojenia. Dodatkowo ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani do jedzenia "na zapas", gdy pożywienie jest dostępne - mówi i dodaje, że obecnie prowadzi to do ignorowania przez nas sygnałów sytości.
Niektórzy żartują, że mają też "drugi żołądek" na coś słodkiego. - To ciekawe zjawisko, które polega na tym, że choć czujemy się pełni po daniu głównym, nasz mózg nagle znajduje "miejsce na deser", ponieważ nowy smak i tekstura ponownie aktywują ośrodek przyjemności - tłumaczy ekspertka.
Jemy bez kontroli
Zdaniem psycholożki w czasie świąt najczęściej wpadamy w pułapkę jedzenia zewnątrzsterownego, kiedy to obfity stół i rytuały dyktują porcje, a nie nasz żołądek. Sprzyja temu tzw. efekt dostępności. - Obecność potraw, których nie jemy na co dzień, wyzwala lęk przed utratą okazji - "muszę spróbować, bo zaraz nie będzie" - a to skutecznie zagłusza sygnały fizjologiczne - wyjaśnia Laura Osęka i przyznaje, że często ulegamy atmosferze biesiadowania, jemy bezrefleksyjnie, aż do momentu fizycznego dyskomfortu. Jej zdaniem istotna jest także atmosfera podniosłości. - Na stole stoi inna zastawa niż zazwyczaj, używamy większych talerzy i już samo to może sprawić, że nałożymy sobie o 30 proc. więcej jedzenia, nawet o tym nie wiedząc. Wolniej też poczujemy sytość - mówi i dodaje, że niekiedy tracimy kontrolę także z powodu nacisków ze strony bliskich, którym zależy abyśmy spróbowali przygotowanych przez nich potraw.
Trudno nam powiedzieć "nie"
Jak podkreśla Laura Osęka w naszej kulturze karmienie jest bezpośrednim wyrazem miłości i gościnności, a odmowa bywa interpretowana jako odrzucenie relacji lub krytyka gospodarza. - Boimy się sprawić przykrość bliskim, dlatego często stawiamy własny dyskomfort fizyczny objawiający się przejedzeniem nad dyskomfort społeczny. Dodatkowo działa tu silny instynkt stadny - jeśli wszyscy wokół jedzą, nasz mózg podpowiada nam, że my również powinniśmy to robić, aby nie zostać wykluczonym z grupy. Działa konformizm - wyjaśnia.
- Każda rozmowa o własnych potrzebach powinna opierać się na komunikacie typu "ja" i podkreślaniu własnych potrzeb, zamiast oceniania wyborów innych. Kluczem jest pokazanie, że nasze wybory nie są wymierzone przeciwko tradycji czy rodzinie, lecz są formą troski o siebie, co zazwyczaj budzi mniejszy opór bliskich - przyznaje.
Za dużo - często wynika z lęku
Nadal na święta przygotowujemy zbyt dużo jedzenia, które później najczęściej się marnuje. - Nasze świąteczne plany zakupowe nie są podyktowane logiką, a emocjami i przekonaniem "co o nas pomyślą" - tłumaczy Laura Osęka i dodaje, że odnosi się to zarówno do innych ludzi w sklepie, bo patrzymy na to co oni kupują, jak i do gości, którzy zasiądą przy wspólnym stole. - Wynika to z głęboko zakorzenionego lęku przed niedostatkiem, przekazywanego transgeneracyjnie przez pokolenia, które doświadczyły głodu lub braków rynkowych - wyjaśnia ekspertka. - Pełny, uginający się stół jest w polskiej kulturze symbolem statusu, bezpieczeństwa i dostatniego życia. Dlatego przgotowanie "w sam raz" jest podświadomie kojarzone z ubóstwem lub brakiem szacunku dla gości. To projektowanie własnych lęków i potrzeb na talerze innych osób, często niezależnie od ich realnego apetytu - podkreśla.
Niekiedy usprawiedliwiając niezdrowe decyzje żywieniowe powołujemy się na tradycję. - Bywa, że służy ona jako usprawiedliwienie dla wyborów, które w normalnej sytuacji, uznalibyśmy za szkodliwe, ponieważ nadaje im wyższą wartość - kulturową i emocjonalną - zwraca uwagę psycholożka. - Chociaż "tradycyjne" nie musi oznaczać "niezdrowe", często używamy tego argumentu jako mechanizmu obronnego, by zdjąć z siebie odpowiedzialność za brak umiaru i uniknąć poczucia winy - wyjaśnia. - Tradycja jest żywa i ewoluuje, a szacunek do przodków można wyrazić również poprzez dbanie o własne zdrowie, modyfikując cięższe receptury na lżejsze - zaznacza ekspertka.
Łatanie emocjonalnych dziur
Jak rozpoznać, że podczas gotowania żądzą nami emocje? Zdaniem psychodietetyczki takim sytuacjom towarzyszy napięcie, pośpiech a sam proces przygotowywania dań przestaje być przyjemnością, stając się formą walki o perfekcyjny wizerunek lub ucieczką przed trudną rozmową. - Jeśli lista potraw wciąż rośnie, mimo że liczba gości pozostaje ta sama, a pojawia się uczucie przymusu zrobienia jeszcze jednej potrawy, jeszcze jednego ciasta by poczuć się "wystarczająco dobrym" to znak, że jedzenie służy do łatania dziur emocjonalnych - wyjaśnia ekspertka i dodaje, że prawdziwa potrzeba opiera się na spokoju i realnej ocenie głodu biesiadników.
Zdrowa relacja z jedzeniem - czym jest w praktyce?
- To elastyczność i uważność. Umiejętność cieszenia się świątecznymi smakami bez poczucia winy, ale też bez utraty kontaktu z sygnałami płynącymi z ciała - tłumaczy specjalistka. - To stan, w którym jesz to, na co masz ochotę, celebrując każdy kęs, ale potrafisz odłożyć widelec w momencie pojawienia się pierwszej sytości wiedząc, że jedzenie nie ucieknie i będzie dostępne również jutro - podkreśla.
Może w tym pomóc technika "uważnego talerza". - Zacznijmy od nałożenia małych porcji wszystkich potraw, na które mamy ochotę. Kluczowe jest robienie przerw między daniami i skupienie się na rozmowie, co daje czas leptynie - hormonowi sytości - na zadziałanie i sprawienie by sygnał o sytości dotarł do mózgu - opowiada Laura Osęka i przypomina, że sygnał o sytości to nie moment, w którym "nie mieści się już nic więcej" ale chwila, w której przestajemy odczuwać głód. - Warto też, między kolejnymi daniami, poświęcić czas na inne aktywności: rozmowę czy spacer, aby zachować balans - dodaje.
Co zrobić, gdy po świętach czujemy się "źle ze sobą"?
Zdaniem specjalistki, w żadnym wypadku nie karać się. - Głodówki, czy ekstremalne treningi, pogłębiają trudności w relacji z jedzeniem i generują dodatkowy stres - podkreśla Laura Osęka. - Nie potrzebujemy też "rytuałów detoksykacyjnych", gdyż wątroba jest autonomicznym laboratorium, które przy odpowiednim nawodnieniu i błonniku doskonale radzi sobie z usuwaniem skutków świątecznego biesiadowania - dodaje.
Jej zdaniem dużo lepszym pomysłem będzie powrót do regularnych, zbilansowanych posiłków, zadbanie o nawodnienie i ruch. - Warto też potraktować to doświadczenie jako lekcję uważności na przyszłość, pamiętając, że to co jemy w święta ma mniejsze znaczenie niż to, co jemy na co dzień - przyznaje ekspertka.
Rozmawiała Magdalena Hejna