Dietetyk kliniczny: Dziecko "pulchne" nie jest ani zdrowe ani "dobrze" nie wygląda
O faktach i mitach na temat żywienia dzieci rozmawiamy z dr hab. n. med. Agnieszką Kozioł-Kozakowską, członkiem założycielem Polskiego Towarzystwa Otyłości Dziecięcej.
Dziecko z ogromną kanapką. Zdjęcie ilustracyjne.
Foto: Design Pics/ East News
Dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska jest dietetykiem, specjalistą zdrowia publicznego, adiunktem w klinice Pediatrii Gastroenterologii i Żywienia, Kierownikiem Pracowni Dietetyki Pediatrycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego - Collegium Medicum.
- Kiedyś "pulchność" rzeczywiście kojarzyła się z dobrobytem. Dziś wiemy, że nadmierna masa ciała u dziecka nie tylko nie jest oznaką zdrowia, ale może być oznaką nadwagi a nawet otyłości - alarmuje dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska. - Otyłość z kolei to choroba przewlekła, która zwiększa ryzyko poważnych komplikacji, m.in. nadciśnienia tętniczego, stłuszczenia wątroby, cukrzycy typu II, czy problemów natury psychicznej i społecznej - tłumaczy ekspertka i dodaje, że ze względu na ilość czynników, które do niej doprowadzają, jej leczenie jest skomplikowane i wymaga współpracy wielu specjalistów.
Najczęściej pokutujące mity dotyczące jedzenia
Jednym z nich jest przekonanie, że "pulchność" jest okresem przejściowym, z którego się wyrasta. - Nic bardziej mylnego - stwierdza dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska. - Może się oczywiście zdarzyć, że część dzieci w okresie dorastania istotnie zmieni swój wygląd zewnętrzny, niemniej jednak ten okres wczesnego dzieciństwa jest okresem rozwoju tkanki tłuszczowej i zwiększania liczby komórek tłuszczowych. A więc dziecko, które kolokwialnie mówiąc w okresie dzieciństwa było pulchne - czyli chorowało na otyłość, będzie miało skłonność do tycia przez całe życie - wyjaśnia. - Komórki tłuszczowe nie znikają kiedy chudniemy. Jeśli w okresie rozwoju powstanie ich nadmierna liczba, ta zwiększona ilość w dużej mierze pozostaje z nami. Możemy zmniejszyć ich rozmiar, ale nie pozbywamy się łatwo samych komórek - mówi ekspertka. - Jak tłumaczę to dzieciom, stanowią one swoisty magazyn, który może przechowywać nadwyżki energii, których organizm nie jest w stanie zużyć - dodaje.
Szczególnie intensywny rozwój tkanki tłuszczowej przypada na pierwsze lata życia. - Jeśli mamy otyłego trzylatka - a takimi pacjentami również się zajmuję - i choroba ta utrzymuje się przez kolejne lata, aż do dwunastego czy trzynastego roku życia, kiedy proporcje jego ciała zaczynają się zmieniać, oznacza to, że dziecko przez 9-10 lat żyje z otyłością. Przez ten czas tkanka tłuszczowa, która jest aktywnym narządem endokrynnym, może wpływać na regulację wzrastania i dojrzewania płciowego, a także oddziaływać na inne narządy, między innymi na wątrobę, zwiększając ryzyko jej chorób - tłumaczy. - Skłonność do tycia może pozostawać na całe życie. Im większy magazyn, tym niestety większe ryzyko, że choroba wróci - przyznaje ekspertka.
Szczuplejszy nie oznacza zdrowszy
Niektórzy rodzice mogą uważać, że skoro dziecko wyszczuplało, wszystko jest w porządku. Niestety. - Wraz ze schudnięciem część komplikacji może się zmniejszyć, ale są takie które mogą być trudne do odwrócenia - mówi dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska. - Jeśli stłuszczenie wątroby doprowadzi do jej zapalenia, to jest poważny problem. Jeśli ktoś w dzieciństwie wygeneruje nadciśnienie tętnicze ze względu na otyłość, to nawet utrata wagi nie gwarantuje poprawy w tym zakresie. Ponadto zmiany kostno-stawowe, jak koślawość kolan, są bardzo trudne do korekcji. Już nie mówię o czynnikach psychologiczno-psychiatrycznych, czy powikłaniach lipidowych a w konsekwencji miażdżycy - wymienia dietetyczka. - Potem się dziwimy, że ktoś w wieku 40 lat miał zawał. Być może część ryzyka, które do niego doprowadziło, zaczęła się budować już w dzieciństwie, kiedy pacjent chorował na otyłość. To jest choroba wieloczynnikowa i bardzo nasila ryzyko innych chorób - dodaje.
- Pamiętajmy też, że czasami nadmierne jedzenie związane jest z brakiem umiejętności radzenia sobie z emocjami. Dlatego w leczeniu choroby otyłościowej bardzo potrzebny jest psycholog. - Nie można go sprowadzać do przykazu: jedz mniej i więcej się ruszaj, bo w ten sposób jej się nie wyleczy - podkreśla ekspertka.
Zjedz wszystko z talerza
- W wielu domach pokutuje przekonanie, że wszystko co zostało nałożone na talerz należy zjeść, ponieważ nie wolno marnować żywności - wymienia dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska. - Zgadzam się z tym, ale przecież można nałożyć mniej - podkreśla i dodaje, że nie zawsze potrafimy prawidłowo oszacować wielkość porcji dla dziecka i to zadanie dla dietetyka. - W innych kulturach np. Japonii dzieci uczone są, aby nie jeść do syta, żeby umieć powiedzieć sobie stop. Natomiast u nas jest odwrotnie - trzeba się najeść - mówi ekspertka.
Jednym z mitów jest też twierdzenie, że organizm sam wie, czego potrzebuje. - Czyli jak dziecko będzie jadło tylko naleśniki, bo o nie prosi, to znaczy, że tego mu trzeba. To także nieprawda - podkreśla dietetyczka. - Dobrze jednak pozwolić dziecku decydować, ile zje i czy w ogóle zje, aby nauczyło się odczuwania sytości i głodu. Jeśli będziemy te sygnały zaburzać, na przykład zmuszając dziecko do jedzenia lub nakłaniając je do jedzenia mimo braku głodu, później mogą pojawić się problemy z samoregulacją jedzenia. Zdrowe dziecko, co do zasady, powinno samo regulować swój apetyt - zaznacza.
Dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska, dietetyk, członek założyciel Polskiego Towarzystwa Otyłości Dziecięcej. Fot. Arch. prywatne.Dieta, która nie odżywia
Jak wynika z badań, dieta dzieci chorujących na otyłość, jest dietą o niskiej wartości odżywczej. - Przede wszystkim te kalorie pochodzą z cukrów prostych, tłuszczów, przetworzonej żywności - wyjaśnia dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska dodając, że tu pojawia się paradoks: wydaje nam się, że skoro dziecko nie jest szczupłe, to znaczy, że jest odpowiednio odżywione. Nic bardziej mylnego.
- Jeśli nie dostarczamy organizmowi podstawowych składników odżywczych, jak białko, wapń, żelazo, cynk i wiele innych równie ważnych, to on nie ma ich skąd wziąć. Trzeba je po prostu zjeść w konkretnych produktach żywnościowych - mówi dietetyczka i dodaje, że tabletki - wbrew temu, co się powszechnie uważa, często nie są w stanie uzupełnić tych niedoborów, ponieważ nie wchłaniają się tak dobrze, jak składniki zawarte w jedzeniu.
Najczęstsze błędy żywieniowe popełniane przez rodziców
- Przede wszystkim tworzenie kalki z własnego jedzenia, czyli np. nie jadam śniadań, bo nie są mi potrzebne i moje dziecko też tak ma. Nie. To może być nawyk przejęty od rodzica, a niekoniecznie sygnał, że dziecko po prostu nie potrzebuje śniadania. A jedzenie śniadań przez dzieci jest ogromnie ważne, choćby z punktu widzenia stałego poziomu glikemii we krwi i braku skoków powodujących rozdrażnienie, problemów z koncentracją i szeregu innych konsekwencji, które powodują, że dziecko funkcjonuje gorzej niż jego rówieśnik, który śniadanie spożywa - dodaje ekspertka. - To dotyczy także przekładania własnych preferencji żywieniowych na dzieci - np. nie kupuję brokułów, bo ich nie lubię. Smaków uczymy się od wczesnego dzieciństwa. A jeśli rodzic ogranicza ten repertuar produktów ze względu na własne preferencje, to dziecko nie ma do niego dostępu - zaznacza dietetyczka.
- Problemowe jest też przeświadczenie, że jeśli nie damy dziecku czegoś słodkiego, to wyrządzimy mu krzywdę, bo dziecku nie wolno odmawiać słodyczy. - To taka forma zaopiekowania, inne dzieci dostają, to moje nie może być gorsze - mówi dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska i dodaje, że w obecnych czasach dobrobytu sztuką jest nauka odmawiania - także sobie i uczenia dziecka samoregulacji
Niejadek nie zawsze nim jest
Często w opinii rodzica dziecko jest niejadkiem, bo mało je. Po zweryfikowaniu ilości przyjmowanego jedzenia nierzadko okazuje się jednak, że ani nie je tak mało, ani nieróżnorodnie, jak uważa opiekun. Bywa też tak, że dziecko rzeczywiście spożywa małe porcje, ale rozwija się poprawnie. - Tutaj musi być zawsze punkt odniesienia poprawności rozwoju dziecka: ważne są kontrole u pediatry, bilanse, monitorowanie jego stanu zdrowia. Jeśli nie ma odchyleń od normy - to oznacza, że dziecko rozwija się właściwie, a spożywane ilości mu wystarczają - wyjaśnia ekspertka.
Aby uzyskać rzeczywisty obraz sytuacji warto przez kilka dni zapisywać, co dziecko zjadło. Może się potem okazać, że jego apetyt zaburzają przekąski, nawet te zdrowe, ale podjadane w sposób niekontrolowany. - Jeżeli dziecko cały czas coś przegryza – nawet jeśli są to zdrowe produkty, jak owoce - jego organizm nie ma kiedy wygenerować wyraźnego sygnału głodu. Dlatego przy obiedzie może po prostu nie być głodne - tłumaczy.
Kiedy warto skonsultować się ze specjalistą?
Jak podkreśla dietetyczka zaniepokoić powinna nas sytuacja, w której dziecko nie spożywa jakiejś grupy produktów w ogóle, np. żadnych warzyw, owoców, mięsa, produktów mięsnych, jajek. - Czyli im szersze spektrum wybiórczości, tym trudniej zbilansować dietę na własną rękę. A to zwiększa ryzyko niedoborów - wyjaśnia ekspertka. - Ważne jest też to, jak dziecko jada w ciągu dnia, tzw. schemat jedzenia. Czy to jedzenie nie jest przypadkowe - czyli np. dziecko nie ma głównego posiłku, je to, co wpadnie mu w ręce - wymienia dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska i przyznaje, że taki schemat jest dość powszechny wśród nastolatków. - Nie jedzą zbilansowanych posiłków, tylko wyciągają coś z lodówki, albo kupują w sklepie coś gotowego, co niejednokrotnie stanowi jedyny posiłek w ciągu dnia - tłumaczy ekspertka i dodaje, że w kontekście zapobiegania otyłości schemat jedzenia jest bardzo ważny.
Warto także pilnować, aby dziecko nie wychodziło do szkoły bez śniadania i dbać o dobre nawyki żywieniowe. - Nawyki biorą się z domu. Jeśli w naszej kuchni dominują produkty wysoko przetworzone, słodkie przekąski, produkty mączne z dużą ilością tłuszczu czy żywność typu fast food, dziecko będzie częściej sięgało po takie produkty, bo je zna, czyli np. pizzerinę, drożdżówki, precle - wyjaśnia dietetyczka. - Nie zawsze mamy świadomość, że te rzeczy nam nie służą. Niejednokrotnie weryfikacja naszych przekonań dotyczących jedzenia pozwala nam sobie uświadomić, jakie popełniamy błędy. To czasami wystarczy, aby wprowadzić korzystne zmiany dla całej rodziny - wyjaśnia ekspertka. - Im wcześniej te działania podejmiemy, tym mniejsze jest ryzyko utrwalenia się niekorzystnych zwyczajów - podkreśla dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska.
Rozmawiała Magdalena Hejna