Kpt. Krzysztof Baranowski: Nie popłynąłem na ocean, aby bohatersko zginąć
26 czerwca kończy 88 lat. Jest pierwszym Polakiem, który dwukrotnie samotnie opłynął kulę ziemską. Obecnie płynie po raz trzeci. Ponad połowę trasy ma już za sobą. Z Port Moresby - stolicy Papui-Nowej Gwinei opowiada nam, czym jest dla niego żeglarstwo i co sprawiło, że kolejny raz wyruszył za horyzont.
Kapitan Krzysztof Baranowski podczas trzeciego samotnego rejsu dookoła świata.
Foto: Kpt. Krzysztof Baranowski/ Arch. prywatne
Jako pierwszy Polak samotnie opłynął przylądek Horn - najdalej wysuniętą na południe część Ameryki Południowej. W świecie żeglarskim uznawane jest to za prawdziwy wyczyn, porównywany do wejścia na Mount Everest. Był pomysłodawcą budowy jachtu "Polonez" oraz dwóch żaglowców rejowych: STS "Pogoria" i STS "Fryderyk Chopin" a także twórcą Szkoły pod Żaglami.
Biorąc pod uwagę jego dotychczasowe doświadczenie, osiągnięcia i wiek - nie byłoby niczym dziwnym, gdyby postanowił na stałe osiąść na lądzie. Co sprawiło, że ponownie zdecydował się opłynąć świat? Mówi, że jest numerologiczną ósemką. Podobno ósemki stawianie sobie wyzwań mają we krwi.
Marzenia nie mają daty ważności
- Pomyślałem, że na zakończenie kariery żeglarskiej, dobrze byłoby spiąć ją jakąś klamrą - opowiada nam kpt. Krzysztof Baranowski. - Dawno też nie robiłem nic takiego. Średnio wypada mi raz na 30 lat - śmieje się. Jak przyznaje - ocean pozwolił mu zostawić za sobą kłopoty lądowe, uciec od codzienności. - To inny świat - tłumaczy. Mniej chaotyczny i paradoksalnie prostszy - bo bardziej przewidywalny.
- Żeglarstwo daje zupełnie nową perspektywę. Inne wartości. Uczy przetrwania, szacunku dla sił przyrody, planowania i pracy zespołowej - jeśli jest to rejs załogowy - wymienia. - Gdy stawiamy żagle, musimy widzieć, skąd wieje wiatr, aby dopłynąć tam, dokąd chcemy - opowiada i dodaje, że nie zawsze płynie się z wiatrem, czasem trzeba płynąć pod wiatr. A to bardzo zmienia optykę.
Samotność
Aktor Jim Carrey powiedział podobno, że samotność jest niebezpieczna, uzależniająca i staje się nawykiem, gdy zdamy sobie sprawę, jaka cisza panuje wtedy wokół nas. Co sprawia, że są niektórzy nie potrzebują na jachcie nikogo oprócz siebie?
- To próba zmierzenia się z samym sobą - przyznaje Krzysztof Baranowski. - Jeśli nie mam nikogo do pomocy, to ze wszystkim muszę dać sobie radę sam - tłumaczy. - To jest sprawdzian. Pozycja kapitana daje konkretne przywileje - wystarczy wyznaczyć osobę, która daną czynność wykona. A w takim rejsie trzeba być wszystkim po trosze - wyjaśnia.
Podczas samotnej żeglugi mózg potrafi płatać figle, powodować wizje na granicy jawy i snu, czyniąc płynięcie niemalże mistycznym, pozwalającym na doświadczenie absolutu. - Trudno to zrozumieć. Po jakimś czasie samotności, człowiek jest jak pustelnik. Widzi obrazy, których nie ma, przyszłość, planuje niezwykłe rzeczy, które o dziwo często później się sprawdzają - tłumaczy i przyznaje, że jest to też egzystencja blisko Boga, nawet jeśli się w niego nie wierzy. - Zdecydowanie jest w tym coś z uniesienia religijnego - stwierdza.
- Tu czuję się tę więź z niebem, gwiazdami, otoczenie kosmosem. To jest niewiarygodne, kiedy jest się samemu na oceanie, jak blisko te gwiazdy nad człowiekiem wiszą, jakby były na wyciągnięcie ręki - podkreśla.
Ocean - widok z kokpitu jachtu "Meteor". Przesądy
Żeglarze zazwyczaj są przesądni. W przeszłości, gdy wiedza na temat nawigacji i meteorologii była skąpa, a powodzenie rejsu stało pod znakiem zapytania, wiara w znaki dawała poczucie kontroli nad nieprzewidywalnością świata. Chociaż współcześni żeglarze rozumieją te zjawiska, przesądy nadal funkcjonują jako element kultury.
- Jestem przesądny do pewnego stopnia - śmieje się kapitan Baranowski. - Na pewno nie wypływam w piątek ani w poniedziałek. Najlepszy dzień dla mnie to niedziela albo środa - tłumaczy. - Nie gwiżdżę też na jachcie ani nie pozwalam na to załodze - dodaje.
Dawniej na żaglowcach, komendy były wydawane za pomocą gwizdka - inaczej trudno byłoby je usłyszeć. Gwizdanie przez załogę było uznawane za dowód niesubordynacji. Wierzono też, że może zezłościć Neptuna i wywołać sztorm.
Poniedziałek i piątek uważano pechowe, dlatego w te dni unikano wypływania w morze. Niedziela miała pozytywne konotacje. Podobne środa, która w dawnych wierzeniach kojarzona była z Merkurym - patronem podróżnych i kupców.
Jacht
Kpt. Krzysztof Baranowski płynie 46 - stopowym (mierzącym nieco ponad 14 metrów), drewnianym jachtem żaglowym "Meteor". To oryginalna nazwa jednostki. - Jachtom nie powinno się zmieniać nazwy, chyba że są ku temu istotne okoliczności - podkreśla kapitan. W świecie żeglarskim uważa się, że to przynosi pecha.
- "Meteor" należał do Stephena Jonesa, brytyjskiego konstruktora, który zasłynął seriami jachtów plastikowych, ale dla siebie zrobił drewniany - dlatego to wyjątkowa jednostka - mówi kapitan. - Jacht ma nawis z dziobu i z rufy. Ten z rufy sprawia, że dobrze żegluje się na nim z falą. Ponadto ma doskonałe parametry hydro i aerodynamiczne, które sprawiają, że nadaje się na jacht regatowy - wprawdzie nie na oceany, ale także w tych warunkach sprawdza się doskonale, chociaż bardzo się kiwa - dodaje. - Efekt jest taki, że ja potem nie mogę chodzić prostym krokiem na lądzie, tylko się zataczam, jak ten anegdotyczny marynarz - żartuje.
Jacht "Meteor" podczas czyszczenia dna kadłuba z glonów i skorupiaków. "Co za nami, to nietrudne"
Za kapitanem Krzysztofem Baranowskim ponad połowa drogi, sztormy, huragan, usterki techniczne. Który moment podróży był najtrudniejszy? - Najtrudniejsze dopiero przede mną - śmieje się i dodaje, że te słowa nie wynikają wyłącznie z jego podejścia do życia. Chociaż na co dzień stara się patrzeć do przodu, nie skupiając się na tym, co było, przed nim skomplikowany etap rejsu. - Na kursie mam Cieśninę Torresa, która jest bardzo wymagająca ze względu na prądy, pogodę, rafy. No i wreszcie najdłuższy odcinek przez Ocean Indyjski, gdzie nie tylko nie ma się, gdzie schować, ale też wiatry tam wiejące nie podlegają jednemu systemowi - tłumaczy. - Można tu spotkać pasaty, monsuny i sztormy południowo-zachodnie - w zależności od tego, gdzie się aktualnie jest. Także rzeczywiście przede mną niełatwy etap - tłumaczy.
Sztormowa pogoda. Kadr z filmu przesłanego nam przez kpt. Krzysztofa Baranowskiego. Towarzysz strach
Czy osoba, która po raz kolejny decyduje się na samotny rejs dookoła świata czegoś się boi, czy raczej odwaga to jej drugie imię? - Trzeba otwarcie powiedzieć, że ja boję się wszystkiego. Wprost umieram ze strachu - przyznaje kapitan. - Boję się wykonać następny krok, ponieważ może być ostatni. Jedno poślizgnięcie, niewłaściwie postawiona noga, czy niezabezpieczona lina może spowodować katastrofę, bo tutaj nikt mi nie pomoże. A wystarczy, że źle stanę, stuknę głową w kant i już mnie nie ma - mówi.
- Albo wylecę za burtę. Tu przecież nikt mnie nie będzie ratował, więc ta obawa ciągle mi towarzyszy - dodaje i przyznaje, że z tego powodu chodzi po pokładzie bez zabezpieczenia, chyba że na zewnątrz są ciężkie warunki pogodowe.
- Kiedy nałożę na siebie uprząż i wepnę się wąsem do lifeliny (lina bezpieczeństwa biegnąca po pokładzie od dziobu do rufy - red.), to po wypadnięciu za burtę będę zwisać na długości tego wąsa. Nie utonę, ale co z tego, skoro nie dam rady się wdrapać na pokład i na tej linię dokonam żywota? Wiele takich wypadków miało miejsce - tłumaczy.
- Mając tego świadomość, trzymam się pokładu czterema łapami. Bardzo uważam, żeby za każdym razem mieć pod ręką jakiś uchwyt. Zrobiłem sobie zresztą dodatkową ramę wokół kokpitu. Przeprowadziłem do want dodatkowe liny na wysokości piersi, także jestem zabezpieczony, ale strach towarzyszy mi nieustannie i zawsze tak było - wyjaśnia. - Oczywiście wszystko wygląda inaczej, gdy się robią warunki ekstremalne, ale teraz mówimy o normalnej żegludze - podkreśla.
- W efekcie po rejsie często śnią mi się koszmary. Potrafię w środku nocy zerwać się z krzykiem próbując złapać się jakiejś krawędzi, żeby nie wypaść za burtę, która okazuje się krawędzią tapczanu - mówi. - To jest pokłosie tych niezwykłych przeżyć i emocji, których tutaj doświadczam. Mam świadomość, że ja tutaj walczę o życie, że każdy mój ruch, może być ostatni. Powinien więc być rozważny. Jeśli chcę przeżyć, muszę zachować się odpowiedzialnie - dodaje.
- Te doświadczenia przekładam potem na ląd. To jest nauka pewnej ostrożności, którą warto w życiu zachować, bo poślizgnąć się można i na chodniku - dodaje. - Staram się minimalizować niebezpieczeństwa, choć może to brzmieć zabawnie w mojej sytuacji. Nie wyruszyłem na ocean, aby tu bohatersko zginąć, tylko żeby mieć przyjemność z żeglowania i cało wrócić do domu - podkreśla.
Życie na oceanie
Jak wygląda typowy dzień kapitana Baranowskiego? Co robi, gdy nic nie robi i czy zdarzają się takie chwile? - Opowiem, co wydarzyło się dziś - wprawdzie to nie żegluga, ale obrazuje poziom wyzwania. Przywieźli mi rano naprawiony żagiel. Dwaj zaprzyjaźnieni ludzie pomagali mi go postawić. Męczyliśmy się z nim prawie cztery godziny. A to jest żagiel dla samotnego żeglarza. Staram się go używać rzadko, ale wystarczy, że raz będę musiał to zrobić - wyjaśnia i dodaje, że to ogromny wysiłek.
- Jeżeli jest dobra szybkość i dobry kierunek wiatru - kurs na jachcie trzyma samoster. To urządzenie mechaniczne, które kąty do wiatru przekłada na położenie steru. Mam także autopilota. To urządzenie elektryczne, które po prostu utrzymuje kurs i nie reaguje na zmiany wiatru. Dzięki temu praktycznie nie dotykam steru i mam czas na inne sprawy - wyjaśnia. - Najważniejszy jest sen. Nie mogę jednak spać na okrągło, bo nie pozwalają na to okoliczności. Pozostaje wiec kwestia decyzji, czy mogę się położyć. W tym pomaga mi system automatycznej rejestracji statków tzw. AIS. Pokazuje mi on na ekranie, czy w pobliżu mnie i w jakiej odległości znajduje się inna jednostka. Dowiaduję się, jak nazywa się dany statek, w którą stronę płynie, co wiezie i przede wszystkim, czy mi zagraża czy nie - wyjaśnia. - Jeśli taki statek jest w zasięgu kilku czy nawet kilkunastu mil, to nie odważam się spać. Ale jeżeli nikogo nie ma, jacht trzyma kurs, a pogoda nie zapowiada drastycznych zmian, to się kładę. Nie jest to długi sen. Trwa nie dłużej niż trzy godziny, a najczęściej godzinę, bo organizm sam zachowuje czujność. Jak się budzę po tej godzinie i okazuje się, że wszystko jest w porządku, zasypiam ponownie. Staram się zebrać osiem godzin dziennie. Można więc powiedzieć, że wysypiam się za wszystkie czasy - śmieje się.
- Do tego trzeba się jeszcze odżywiać. Dbam, aby posiłki były regularne. O 8 jest śniadanie, o 12:00 obiad, 18-19 kolacja albo wcale i o północy podkurek - mówi.
Kapitan na pokładzie ma internet satelitarny, który pozwala mu na stały kontakt z lądem. W ten sposób otrzymuje m.in. prognozy meteo i ostrzeżenia o niebezpieczeństwach. - No ale w związku z tym zamiast - jak dotychczas w rejsach samotnych - rozwiązywać krzyżówki, które chronią przed Alzheimerem, siedzę i oglądam filmiki, albo robię przegląd prasy - żartuje.
Kpt. Krzysztof Baranowski wystartował 16 listopada 2025 roku z Teneryfy na Wyspach Kanaryjskich. Rejs planuje zakończyć w sierpniu. - Chcę przede wszystkim dopłynąć - mówi. Tylko tyle i aż tyle.
Rozmawiała Magdalena Hejna