Artur Liebhart: Werner Herzog jest indywidualistą w dobrym tego słowa znaczeniu

W polskich kinach można już obejrzeć "Sny o słoniach", najnowszy film dokumentalny znakomitego reżysera niemieckiego Wernera Herzoga. I o tym filmie, ale przede wszystkim o samym reżyserze, Ryszard Jaźwiński w audycji "Trójkowo, filmowo" rozmawiał z Arturem Liebhartem, twórcą i dyrektorem festiwalu Millenium Docs Against Gravity.

Artur Liebhart: Werner Herzog jest indywidualistą w dobrym tego słowa znaczeniu

Werner Herzog

Foto: PAP/EPA

Szaleni naukowcy i podróżnicy to ulubieni bohaterowie filmów Wernera Herzoga. Tym razem reżyser skupia się na poszukiwaniu olbrzymich słoni-duchów, których daleki krewniak, największy słoń, jakiego zna ludzkość, został wystawiony w Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie. Dr Steve Boyes poszukuje ich na niezamieszkałym płaskowyżu w Angoli - terenie wielkości Anglii, który tubylcy nazywają końcem świata. Niemiecki reżyser dokumentuje obsesje, marzenia i pracę wyobraźni swojego bohatera.


Twórca dokumentu nie jest muchą na ścianie

Werner Herzog jest twórcą, który przeszedł radykalną przemianę w swojej twórczości - w latach 70. i 80. XX wieku zasłynął niezwykłymi filmami, jak m.in. "Aguirre, gniew boży" (1972), "Zagadka Kaspara Hausera" (1974), "Stroszek" (1977), "Nosferatu wampir" (1979) czy "Fitzcarraldo" (1982). Z czasem zaczął się spełniać przede wszystkim jako autor dokumentów, chociaż nie porzucił całkowicie tworzenia fabuł.

- Można powiedzieć, że zawsze interesuje go to samo: ludzkie obsesje, marzenia, pragnienia. Robi filmy opewnego rodzaju figurze człowieka, który wręcz obsesyjnie jest związany z tym, czym się zajmuje. I właśnie o takich szalonych ludziach, którzy pomimo wielu przeciwności losu dążą do spełnienia swoich marzeń, zawsze najbardziej lubił robić filmy. I w zasadzie na tym szaleństwie człowieka skupiał się przez całą swoją twórczość, niezależnie od tego czy były to filmy fabularne czy dokumentalne, których zrobił więcej, niż fabuł - mówi Artur Liebhart, twórca i dyrektor festiwalu Millenium Docs Against Gravity. - Mieliśmy ten zaszczyt, że gościliśmy Wernera Herzoga na naszym festiwalu w 2010 roku: zrobiliśmy wtedy dużą retrospektywę jego dokumentów. Przeprowadził też wtedy mistrzowski wykład, na którym, mimo 300-osobowej sali, oczywiście nie było miejsca. Moim zdaniem dla wielu młodych wtedy twórców, reżyserów, reżyserek i producentek, była to swoista inicjacja. Zrozumieli, że film dokumentalny nie polega na tym, że twórca jest muchą na ścianie, tylko reżyserem. A więc tę rzeczywistość przetwarza i pokazuje swoją wersję - tłumaczy.


Nie cel jest ważny, ale przebyta droga

Człowiek, pasja/szaleństwo, indywidualizm - to najważniejsze cechy filmów Herzoga, jego znak firmowy. Niemiecki reżyser zawsze szukał takich właśnie tematów, niezależnie od tego, jakiej produkcji dotyczyły: fabuły czy dokumentu.

- Ktoś kiedyś bardzo mądrze powiedział, że "Werner Herzog wszystkie filmy robi o sobie". Moim zdaniem on jest skrajnym indywidualistą - ale w takim bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Spójrzmy na ważne momenty jego życia, które mają też w sobie pewien zasób ironii: na przykład walczył na noże ze swoim bratem o… domowego chomika. Innym razem na planie filmowym został postrzelony przez krytyka filmowego, swojego fana, który nie zgadzał się z jego wizją filmu - opowiada rozmówca Ryszarda Jaźwińskiego. - W 2010 roku, podczas jego pobytu w Warszawie rozmawialiśmy o regułach dla filmowców, których trzeba się trzymać. To były bardzo radykalne poglądy, które, w największym skrócie, w dużym stopniu odrzucały akademickość wykształcenia filmowego, a w 100 procentach nastawiały się na poddanie strumieniowi życia. Oto przykład: Herzog napisał książkę o swojej podróży na piechotę z Monachium do Berlina.  I estońska reżyserka bardzo chciała się z nim spotkać, by podzielić się swoimi wyobrażeniami o nowym kinie. Wtedy on zaproponował "to przyjdź do mnie z Tallina na piechotę". I ona tak zrobiła - ale Herzoga… nie było! Wtedy zrozumiała, że nie chodziło o jej spotkanie z reżyserem, tylko o przebycie tej drogi… - wskazuje.

Całej rozmowy można posłuchać »TUTAJ«.


Piotr Radecki