Jan Englert: uważam, że teatr nie powinien się wtrącać, teatr powinien - dotykać

"Bezimienne dzieło" Witkacego to najnowsza premiera Teatru Telewizji. Będzie można ją zobaczyć już w poniedziałek, 2 marca w TVP1. Spektakl wyreżyserował Jan Englert, a w obsadzie znaleźli się m.in. Maciej Stuhr, Dominika Kluźniak, Daniel Olbrychski i Beata Ścibakówna.

Jan Englert: uważam, że teatr nie powinien się wtrącać, teatr powinien - dotykać

Jan Englert jako pułkownik Manfred hr. Giers w spektaklu Teatru Telewizji "Bezimienne dzieło", reż. Jan Englert

Foto: mat. prasowe/Waldemar Kompała/TVP

"Bezimienne dzieło" to jedna z 23 sztuk Witkacego. Została napisana w roku 1921, jednak pierwszego wydania doczekała się dopiero 40 lat później, w roku 1962. Od tego czasu wielokrotnie była inscenizowana. O tym, co w niej przewidział Witkacy, jaki powinien być teatr, o roli muzyki podczas realizacji spektaklu, przyjemności wynikającej z wielokrotnego czytania i realizacji tej samej sztuki oraz na punkcie czego ma fioła, z Janem Englertem rozmawiał Piotr Radecki.


Piotr Radecki: "Bezimienne dzieło" wystawia Pan już kolejny raz. Dlaczego?

Jan Englert: Cała frajda ponownego czytania literatury dramatycznej polega na tym, że zmienia się świat, zmieniają się też narzędzia, którymi się posługujemy. Więc moje pierwsze czytanie Witkacego całkowicie się różni od czytania go w dniu dzisiejszym. Zresztą bardzo lubię wracać do rzeczy, które już robiłem, bo ze zdumieniem czytam, że… wcześniej czytałem bez sensu (śmiech). Dla mnie w tej chwili ten tekst jest o czym innym, niż był kilkanaście lat temu: akcenty są w nim inaczej rozłożone.

Pracując nad tym tekstem miałem wielką frajdę, właśnie jako czytelnik, jako widz, że czytam tego Witkacego i nagle widzę, że jest on ofiarą własnego hasła Czystej Formy! To nie jest autor Czystej Formy - to autor sięgający głęboko, w o wiele bogatsze spektrum cywilizacji humanizmu.


Co Pana zaskoczyło, zainspirowało, poruszyło w tym nowym spojrzeniu, nowej perspektywie?

Kiedy czytałem "Bezimienne dzieło" na nowo, przerażające było to, jak czas dogonił autora. Bo Witkacy wyprzedził czas - on pisał to ponad 100 lat temu! I jest to niezmiernie współczesne, dojmująco trafiające w nastroje, nas artystów zaplątanych w świat beznadziei, świat algorytmów, świat polityki, ale nie tylko.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mam jednego fioła: że nas zamorduje masa wynikająca z internetu. I to, że w finale tego przedstawienia wychodzą algorytmy sztucznej inteligencji, jest moją prywatną subpuentą: przecież tego u Witkacego nie ma. Nas wszystkich zeżrą te algorytmy - tych co wygrywają, tych co przegrywają. Uważam, że niedługo będziemy jak stado owiec wypędzane na redyk: będzie nam wygodnie, będzie świeciło słońce, będzie trawa, będzie się za nas myślało. I na koniec nas ogolą…


Mateusz Tomaszewski jako Ksiaże Padoval de Grifuellhes, Beata Ścibakówna jako Stara księżna Barbara, Jan Englert jako pułkownik Manfred hr. Giers w spektaklu Teatru Telewizji "Bezimienne dzieło", reż. Jan Englert Mateusz Tomaszewski jako Ksiaże Padoval de Grifuellhes, Beata Ścibakówna jako Stara księżna Barbara, Jan Englert jako pułkownik Manfred hr. Giers w spektaklu Teatru Telewizji "Bezimienne dzieło", reż. Jan Englert

Tego, co oczywiste, u Witkacego nie ma. Jednak Pan w ostatnich kadrach proponuje twist, który wszystko wywraca. To brawurowy pomysł…

Uważam, że jak się wchodzi do studia, jak się coś robi, to trzeba wiedzieć, co się chce zrobić. Zapytano słynnego mówcę japońskiego, na czym polega wspaniałość jego przemówień, czy ma jakąś metodę? A on mówi "Mam: najpierw myślę, co chcę powiedzieć. Potem myślę, jak chcę to powiedzieć. A potem mówię". Więc reżyser podobnie: musi wiedzieć, co chce powiedzieć, jak chce powiedzieć, a potem - spróbować to powiedzieć. Dlatego analizowanie tego, jak to jest zrobione, jest dla mnie strasznie krępujące.

Mogę natomiast zdradzić, że muszę mieć muzykę, zanim zacznę robić zdjęcia. I robiąc zdjęcia, słyszę tę muzykę: to niezwykle pomocne i inspirujące. Zawsze mnie zdumiewa, że można montować w głowie obrazy - i emocje przede wszystkim - nie wiedząc, co jest "pod spodem", co temu towarzyszy. Zazdroszczę kolegom, którzy to potrafią. Naprawdę.

Uważa Pan, że wiekowa - dosłownie! - sztuka Witkacego, zainteresuje młode pokolenie widzów, trafi do nich, dotknie? Bo przecież teatr musi szukać młodych widzów…

Jestem również widzem tego przedstawienia. I mnie ono w paru momentach bardzo dotyka. Uważam, że teatr nie powinien się wtrącać, teatr powinien właśnie - dotykać. Jeśli ktokolwiek został przez to przedstawienie dotknięty, to jest dowód na to, że teatr ma sens. Teatr Telewizji - chwała, że istnieje, że nadal go prowadzimy - to język sztuki kompletnie inny od mediów, jakimi się obecnie posługujemy. Głównym pionem Teatru Telewizji jest literatura: słowo, tekst determinują również obraz. Bo to obraz musi być podporządkowany słowu, a nie słowo obrazowi. To daje szansę zwłaszcza klasyce, ale nie tylko, na zupełnie inną rozmowę z publicznością, w inny sposób rozłożenie innych akcentów, wydobycie innych treści.


Teraz jest ogromny wybór programów. Ale nawet jeżeli to "Bezimienne dzieło" obejrzy proporcjonalnie niewielka ilość widzów, czyli będzie miało ono niedużą oglądalność, to i tak będzie to więcej ludzi, niż obejrzałyby to przedstawienie przy pełnej sali przez pięć lat. To ma olbrzymie znaczenie! Witkacy przewidział jedną rzecz: że masa zawsze wygra z jednostką, czyli jakość musi przegrać z ilością. Żyjemy w czasach, kiedy ilość decyduje o naszym sukcesie, a nie jakość: wszystko jest rozliczane z ilości, a nie z jakości. Teraz moją nadzieją jest jakość - że jakość tego przedstawienia znajdzie odzwierciedlenie w ilości. Ale nie do końca w to wierzę i myślę, że to nie będzie najbardziej oglądane przedstawienie w historii Teatru Telewizji. Nie przeszkadza mi to - myślę, że tym, którym się ono spodoba, też nie powinno przeszkadzać. Jeszcze raz powtórzę: mnie ten tekst dotyka. Jeżeli państwa gdziekolwiek dotknął - dotknął, nie musi poruszyć - to już jest to, o co chodzi w sztuce teatralnej. Bo to nie my, artyści, mamy płakać: płakać macie wy, widzowie.

Wrócę jeszcze do Pana spojrzenia na otaczający nas świat. Przyznam, że jest ono bardzo, wręcz przerażająco pesymistyczne

Jestem pesymistą, jeśli chodzi o cywilizację humanistyczną. Myślę, że jednak algorytmy wygrają z nami we wszystkich dziedzinach, nawet w miłości. Najdłużej będzie się bronił teatr, ponieważ wymaga bezpośredniego kontaktu. W tej chwili malarstwo, muzyka i inne już umierają. Nie mówiąc już o tym, że my, ludzie, coraz bardziej się nie słyszymy. Jak pisał Fredro 150 lat temu "Nie słyszymy się wzajemnie, rozumiemy jeszcze mniej".


Maciej Stuhr jako Plazmonik Blodestaug i Justyna Kowalska w roli Róży van der Blaast w spektaklu Teatru Telewizji "Bezimienne dzieło", reż. Jan Englert Maciej Stuhr jako Plazmonik Blodestaug i Justyna Kowalska w roli Róży van der Blaast w spektaklu Teatru Telewizji "Bezimienne dzieło", reż. Jan Englert

Ale może klasyka nas ratuje? Cytuje Pan Fredrę, robi sztuki Witkacego i nie tylko…

Myślę że nie. Kiedy jeszcze tego wszystkiego nie było, Holoubek kiedyś powiedział do mnie piękną rzecz: "Zwróć Jasiu uwagę: cała klasyka pisana jest wierszem. Dlaczego? Bo jak z Bogiem rozmawiać prozą?!" Z bogami najpierw rozmawialiśmy wierszem, potem rozmawialiśmy prozą, a teraz zaczynamy rozmawiać emotikonami…

 


Rozmawiał Piotr Radecki

 

"Bezimienne dzieło" Witkacego w reżyserii Jana Englerta będzie można obejrzeć w Teatrze Telewizji w poniedziałek, 2 marca, o godz. 20.30 oraz na TVP VOD.