Michał Bielawski: jest wielką stratą, że w pewnym momencie Munka zabrakło
Już można obejrzeć w kinach dokument "Pasażer Andrzej Munk", poświęcony jednemu z najwybitniejszych polskich reżyserów. Z twórcą filmu, dokumentalistą Michałem Bielawskim, rozmawiał Piotr Radecki.
Andrzej Munk/ Foto: PAP/Stanisław Czarnogórski
Nie nakręcił wielu filmów - kilkanaście dokumentów, pięć fabuł, trzy spektakle telewizyjne. A jednak Andrzej Munk jest uznawany za jednego z najważniejszych reżyserów w historii polskiego kina. "Człowiek na torze" (1956), "Eroica" (1957), "Zezowate szczęście" (1960) i niedokończona "Pasażerka" (1963) stanowią niezwykle znaczące punkty rodzimej kinematografii, a ich twórcę uznaje się, wraz z Andrzejem Wajdą, za pionierów tzw. polskiej szkoły filmowej. Tragiczna śmierć we wrześniu 1961 roku, niespełna miesiąc przed 40. urodzinami, przerwała jego karierę. Ponad 60 lat później, znakomity dokumentalista Michał Bielawski ruszył śladami Andrzeja Munka, próbując stworzyć portret artysty i człowieka.
Piotr Radecki: Czemu tak długo czekaliśmy na film o Andrzeju Munku?
Michał Bielawski: Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Studio Munka istnieje już jakiś czas [Studio "Młodzi i film" im. Andrzeja Munka powstało w 2008 roku - P.R.], ale ta myśl pojawiła się dopiero blisko okrągłej rocznicy jego śmierci. Nie zdążyliśmy na tę rocznicę, bo produkcja trochę "poszła" za mną i moją potrzebą bardzo rzetelnego dokumentowania. Ale myślę, że to miało sens. Jurek Kapuściński [dyrektor artystyczny Studia Munka - red.], zobaczył pierwszą, bardzo surową, wersję montażową i powiedział "Nie, nie spieszymy się…"
Nic dziwnego, ma pan na koncie kilka bardzo udanych filmów opartych o archiwalia…
Dziękuję! Żyjemy w kulturze, w której niełatwo mówi się o sobie z entuzjazmem. Rzeczywiście, bardzo lubię pracować z materiałami archiwalnymi i powstało tych filmów już kilka. Myślę więc, że to stąd się wzięła decyzja, abym to ja robił ten film. Było wiadomo, że właśnie ta praca z materiałem archiwalnym i taka niekiedy obsesyjna u mnie skłonność, by szukać tych materiałów, jest pewną obietnicą…
Obietnicą spełnioną, powiedzmy od razu, bo w pana filmie jest wiele nieznanych materiałów. Które z nich by pan wyróżnił, z których jest najbardziej zadowolony?
Było dużo materiałów, które zapowiadały się wspaniale, a okazały się kapiszonem. Taka pierwsza niespodzianka, a zarazem wielkie rozczarowanie, to wywiad Lindseya Andersona [wybitny brytyjski reżyser filmowy, który zaczynał jako dziennikarz - P.R.] z Andrzejem Munkiem, który pojawia się w filmie przez chwilę, ale… nie ma dźwięku! Bardzo długo szukaliśmy, ale niestety nie ma go nigdzie: nie znaleźliśmy go także w BBC, więc po prostu gdzieś znikł. To były wielkie nadzieje i nagle - rozczarowanie.
Nie próbowaliście wykorzystać kogoś, kto umie czytać z ruchu ust?
To był nasz pierwszy pomysł. Tak przed nami próbował zrobić Ryszard Bugajski, który zrealizował krótki, 10-minutowy film o Munku. I to po prostu nie wychodziło - tylko pojedyncze słowa tych zdań pozostawały czytelne. Wiedząc to, długo zastanawialiśmy się, co z tym zrobić - ryzykować takie niezrozumienie i imitować coś, czy zostawić to tak jak jest? To też jest taki artefakt, źródło, i trzeba do niego w taki sposób podejść. Chociaż z żalem, bo materiał ma świetną jakość.
Wielkim rozczarowaniem był wywiad z Andrzejem Munkiem dla BBC, który przeprowadził Lindsey Anderson. Bo... nie ma w nim dźwięku!
Rzeczywiście, wielka szkoda, że nie poznamy tej rozmowy. Takich rozczarowań było więcej?
Kolejne podobne zaskoczenie było, kiedy wydawało się, że trafiliśmy na złoto, czyli na zdjęcia próbne do "Eroiki". Okazało się jednak, że to nie są zdjęcia próbne do "Eroiki", ale do zupełnie innego filmu. Wydaje mi się, że Andrzej Munk mógł po prostu pomóc swojemu przyjacielowi, Witoldowi Lesiewiczowi, zrobić zdjęcia próbne w ramach budżetu "Eroiki". Więc to też było przestrzelone. Potem były jeszcze inne nadzieje, ale może już je pozostawię.
A zaskoczenia i niespodzianki pozytywne?
Te materiały znajdowały się powoli to tu, to tam. Trzeba było po prostu czekać, mówić, że my tego szukamy i… one po jakimś czasie się pojawiały. Chyba jednym z większych zaskoczeń były dla nas poszukiwania fotografii. W pewnym momencie okazało się, że mamy ich już dużo, a tu nagle w Muzeum Kinematografii w Łodzi są zupełnie nowe dwie rolki z materiałem z podróży Andrzeja Munka po Europie. I też zdjęcia jego żony, Joanny. Przepiękne zdjęcia, gdzie uchwycona jest w takich momentach refleksyjnych - zupełnie inna, niż widzieliśmy to na innych zdjęciach. Domyślam się, kto mógł być autorem tych zdjęć. I to było dla nas wielkie odkrycie.
Pojawił się też niespodziewanie inny wywiad telewizyjny, również zagraniczny.
Było tak, że mieliśmy zrobioną pierwszą wersję montażową i wydawało się, że już po prostu mamy film. Wtedy odezwał się Marek Henrykowski, który dowiedział się, że w Filmotece Francuskiej znalazł się wywiad z Andrzejem Munkiem, który był częścią materiału "Hommage à André Munk". To był materiał telewizji francuskiej zrobiony po śmierci Munka, do którego wmontowano wywiad wtedy dość znanej francuskiej dziennikarki Yvonne Baby. I to jest mój ulubiony wywiad Munka. To jest przemyślane, wystudiowane i przyszło do nas w ostatniej chwili. Więc musieliśmy nasz film rozłożyć, rozmontować i na nowo złożyć, żeby dać miejsce temu materiałowi. Więc tak, było bardzo dużo niespodzianek.
Czy uważa pan, że w tym filmie udało się pokazać tego realnego Munka, dotrzeć do jego prawdziwego obrazu?
Nie wiem tak do końca, jaki był Munk. Myślę że trudno wiedzieć tak na 100 procent. Ale z tych opowieści, które udało się zebrać, staraliśmy się ułożyć taką opowieść o nim, która wydawała się przekonująca. Jednocześnie pokazująca go nie jako filmowca, którego chcemy przypomnieć, bo kiedyś żył i robił dobre filmy, tylko te materiały chcieliśmy tak złączyć, złożyć, żeby opowiadały o człowieku, który zmaga się też z różnymi doświadczeniami. I na tym nam ogromnie zależało, kiedy pracowaliśmy z Maćkiem Walentowskim [montażysta - P.R.], żeby to właśnie oddać. Żeby to był możliwie jak najbardziej żywy człowiek. A jego życie, to również jego emocjonalność. I tu bardzo nam pomogły listy Andrzeja Munka, które udostępniła nam rodzina Brzozowskich. Jestem im dozgonnie wdzięczny za zaufanie, bo to były oryginały, które mogliśmy filmować, dzięki temu, że się zgodzili na dostęp do tej intymnej wymiany myśli . To był wielki przywilej i dzięki temu mogliśmy opowiedzieć trochę więcej o Munku, pokazać jego bardziej liryczną część natury. Tę, której nie znałem - raczej wyobrażałem go sobie jako tajemniczą, ironiczną postać schowaną za tymi ciemnymi okularami.
No właśnie - Munk przede wszystkim kojarzy się z ironią, dystansem, szczególnie wobec bogoojczyźnianego patosu. To jednak było i jest dość nietypowe dla polskiej kultury.
Był po prostu inteligentnym człowiekiem. Zakręty naszej historii, ale też zakręty dyskursu publicznego, domagają się ironii i dystansu - bo po prostu inaczej nie da się tego wytrzymać. Więc myślę, że to był bardzo odpowiedni człowiek w odpowiednim momencie. I tym bardziej jest wielką stratą, że go w pewnym momencie zabrakło. Na przykład tworzył wspaniały dialog z Andrzejem Wajdą, z którym zresztą bardzo się lubili. I równoważył jego styl, którym ten, niewątpliwie wybitnie, opowiadał naszą historię.
Andrzej Wajda i Andrzej Munk: dwóch Andrzejów, dwóch przyjaciół, którzy polemizowali ze sobą w sposób dzisiaj już rzadki, bo tak jesteśmy spolaryzowani.
Myślę że ledwo tylko dotknęliśmy tej rywalizacji, tego artystycznego ping-ponga, tej wymiany między nimi. I tego, jak często Wajda wracał do Munka, jak za nim tęsknił, jak lubił o nim przypominać. Andrzej Wajda np. doprowadził do tego, że niedaleko jego domu na Żoliborzu jest ulica Andrzeja Munka. Kiedy pracowałem w TVP Kultura, spotkałem się z Andrzejem Wajdą i on opowiedział mi historię, jak w szkole filmowej była dyskusja, porównanie filmu czarno-białego i kolorowego. I Andrzej Munk też zajął w niej stanowisko: stanął po jednej stronie i wygłosił piękną przemowę na temat wartości gry, światłocieni, czerni i bieli, formy… Po czym przeszedł na drugą stronę i wygłosił dokładnie taką samą przemowę na temat koloru. I za to Wajda go po prostu kochał.
Wajda często wracał do Munka, tęsknił za nim, lubił o nim przypominać
Można odnieść wrażenie, że dzisiaj ironia i dystans są w defensywie. A przypomnienie postaci Munka, jest, paradoksalnie, bardzo aktualne. I wpisuje się we współczesność.
Cały ten nasz wysiłek zmierzał ku temu, żeby, dzięki wspaniałym rozmówcom, pokazać, przypomnieć, jak fajnie jest mieć takiego Munka. Ale też pokazać z ludzkiej strony, człowieka, który przede wszystkim kojarzy się z własnym dziełem.
Podobno pojawiły się kolejne tropy, zaskakujące informacje?
Pani Barbara Munk mieszka w Krakowie, a jej rodzina pochodzi z Żywca. I wczoraj, podczas spotkania po pokazie właśnie w Krakowie, powiedziała, że w jej gałęzi rodziny był żołnierz Wojska Polskiego, który walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. To była jakaś niesamowita postać: służył i walczył w słynnym pociągu pancernym, który nazywał się "Zagończyk". Niestety, jak mówiła pani Barbara, zginął od ran poniesionych w bitwie z konnicą Budionnego. Munk planował nakręcić o nim film: mogło powstać bardzo ciekawe kino opowiadające o niesamowitym człowieku. I on zmarł dokładnie tego samego dnia, którego, wiele lat później, zmarł Andrzej Munk.
To niesamowite: tyle ironii, tyle dystansu, a jednak tutaj wkrada się metafizyka... Tym bardziej, że pociągi to jedna z obsesji Munka. Zresztą dla pana również są przecież ważne...
Tak, to niesamowite. Czy pociągi to obsesja Munka - raczej jakaś wrażliwa nuta… A jeśli chodzi o mnie, to ten film przypomniał mi, że przecież moim dziadkiem był kolejarz. I mój tata też. Inna sprawa, że jakoś mnie nie zaskoczyło, że to wszystko mi się przypominało - ten charakterystyczny stukot wagonów przecież powraca w wielu filmach Munka. I bardzo chciałem, żeby był obecny w moim filmie.
Czy w związku z ciągle pojawiającymi się informacjami, odkryciami, materiałami, planuje pan ponownie przemontować "Obywatela Andrzeja Munka"?
Nie, nie będę przemontowywał. Ale historia pisze się dalej. Mam rozbudowaną drugą nogę - naukową. Bo jestem doktorantem w szkole filmowej. I postanowiłem napisać artykuł naukowy o tych rzeczach, których nie dało się wypowiedzieć w filmie. I klaruje się temat, który chcę poruszyć: Munk był człowiekiem bardzo dotkniętym tym, co dzisiaj nazywamy PTSD. To jest diagnoza, która, wydaje mi się, jest do udowodnienia. Znamiona tej traumy widać w różnych sytuacjach, w różnych jego ucieczkach, rejteradach z planu. W zmaganiu się z "Pasażerką", w odwracaniu się od źródeł swojej traumy.
Wygląda na to, że "Pasażerka" obudziła w Munku te uśpione demony, wyciągnęła to, co było zamiecione pod dywan. Można to dostrzec w ostatnim fragmencie Pana filmu.
Myślę, że to są nasze demony, my je w sobie nosimy. Ja dostałem te demony od mojego taty, który był w czasie okupacji pomocnikiem zawiadowcy stacji. Dostałem historię o tym, jak wpadał pod pociąg, albo jak go gonili Niemcy, i dostałem jego nocne wybudzenia z krzykiem, że znowu Niemcy tatę gonią. My jesteśmy bliżej albo trochę dalej tego samego. A Munk, z racji swojego pochodzenia, jeszcze bliżej: ale on po prostu bardzo to ukrywał.
Polecane artykuły
Źródło: rozmowa z dokumentalistą Michałem Bielawskim
Chcesz czytać nas częściej?
Dodaj nas do preferowanych źródeł, aby nasze newsy zawsze wyświetlały Ci się na górze wyników Google.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Aby być na bieżąco z informacjami Trójki, obserwuj nas na Facebooku oraz w Wiadomościach Google.