Tadeusz Nalepa - czuły barbarzyńca
- Tadeusz przed wyjściem na scenę potrafił opowiedzieć naprawdę pieprzny żart, by za chwilę zagrać "Modlitwę" tak, że ciarki przechodziły po plecach - tak postać ojca polskiego bluesa w "Trójkowym Wehikule Czasu" wspominał Mariusz Wilczyński.
Tadeusz Nalepa, 01.07.2006, Dni Mikołowa
Foto: źr. Wikimedia Commons/Jan Mehlich/lic.CC
Przyjaźń znanego reżysera filmów animowanych i Tadeusza Nalepy rozpoczęła się około roku 1979. To wtedy młody adept Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, zafascynowany muzyką Breakoutu, zdecydował się poszukać kontaktu z gitarzystą swojego ulubionego zespołu. By zdobyć adres idola Wilczyński uciekł się do blefu i oświadczył ojcu Tadeusza Nalepy, że szuka kontaktu do jego syna w związku z filmem, który planuje nakręcić.
- Gdy dotarłem do domu Nalepy w Józefowie, nikogo nie zastałem. Zasnąłem w lesie przy jego podwórku. Gdy usłyszałem jego głos, zerwałem się na równe nogi. Trochę się wystraszył. Mógł sobie pomyśleć, że jakieś Yeti wyszło z lasu, bo ja miałem 2 metry wzrostu, ponad 100 kilogramów masy i nastroszone włosy - wspominał pierwsze spotkanie z Tadeuszem Nalepą Mariusz Wilczyński . Zapoczątkowana wtedy znajomość muzyka i rysownika szybko przeistoczyła się w przyjaźń, która przetrwała aż do śmierci Nalepy w 2007 roku.
W "Trójkowym Wehikule Czasu" Wilczyński w rozmowie z Jerzym Sosnowskim wspominał anegdoty związane z Nalepą.
- Był artystą z największą charyzmą spośród tych, których poznałem. Najbardziej inteligentnym facetem na świecie, a jednocześnie bardzo złośliwym. Ale tą złośliwością nie krzywdził ludzi - wspominał Wilczyński, który w audycji określił Nalepę mianem Milesa Davisa polskiej muzyki.
- Wszyscy z nim chcieli grać, mimo że zespół trzymał żelazną ręką i miał twarde zasady, np. na próby muzycy nie mogli zabierać swoich dziewczyn...
Aby wysłuchać wspomnień Mariusza Wilczyńskiego , wystarczy kliknąć w ikonę dźwięku w boksie "Posłuchaj" .