Lekarze prowincjonalni: emisariusze władzy ludowej czy pozytywiści PRL-u?
Wśród powojennych obietnic władzy ludowej była też ta o wprowadzeniu powszechnej opieki medycznej. I o jej forpoczcie, czyli lekarzach prowincjonalnych, rozmawiał w swojej audycji Max Cegielski.
Zdjęcia rentgenowskie klatki piersiowej w Wiejskim Ośrodku Zdrowia
Foto: PAP
Powojenny ruch w stronę "świateł wielkiego miasta" bardziej niż kogokolwiek dotyczył przedstawicieli inteligencji. Tam się kształcili, tam zwykle zostawali. Co jednak z tymi, którzy obrali kierunek przeciwny? Tytułowi bohaterowie książki "Lekarze prowincjonalni" Marcina Stasiaka są bodaj najwymowniejszym przykładem tej grupy. Stali się częścią opowieści o PRL-owskich emisariuszach modernizacji. Ich historia to również droga do opowiedzenia o bliskiej wielu Polsce miasteczek, gmin i powiatów. A zarazem próba odczarowania czy może zdemitologizowania "peryferyjności".
Opowieść o przeszłości głosami jej bohaterów
Książka Marcina Stasiaka, chociaż wydana w serii reportażowej, może sprawiać trudność tym, którzy próbowali by ją w jakikolwiek sposób jednoznacznie sklasyfikować. Wydaje się bardziej reportażem historycznym…
- Oczywiście, ona jest reportażem historycznym. Ale towarzyszył mi też zamysł, ambicja, żeby to było coś, co wychodzi poza reportaż i wchodzi w rejon historycznej monografii. W takim sensie, w jakim historyczna monografia tłumaczy przeszłość przy pomocy źródeł skonfrontowanych z istniejącą literaturą i opracowaniami. Język tej opowieści jest pewnie inny, niż takiego opracowania historycznego czy historycznej monografii, ale z drugiej strony to, co jest właściwe dla takich prac, to znaczy sformułowanie problemów i pytań, wskazanie tego oparcia w literaturze, to wszystko funkcjonuje - mówi autor "Lekarzy prowincjonalnych". - Niemniej bardzo chciałbym, żeby to była książka, która mając wszystkie te walory, była opowieścią o przeszłości tłumaczoną przeze mnie, ale opowiadaną w dużej mierze głosami tych ludzi. Ja oczywiście ich już nie spotkałem, ale zostawili ten zapis, ewentualnie rozmawiałem z ich potomkami. I mogę go słuchać, mogę go interpretować, a przede wszystkim - próbować zrozumieć. I pozwolić czytelnikom wsłuchać się w te głosy, bez mojej nadmiernej inwazji czy interpretacji - wskazuje.
Aleksander Bałasz - przedstawiciel swojego pokolenia
"Lekarze prowincjonalni" łączą perspektywę biograficzną i konkretne przygody bohaterów z szerszymi wnioskami dotyczącymi PRL-u i modernizacji. Jedną z tych postaci jest Aleksander Bałasz, który przewija się przez całą książkę.
- Kto to jest Aleksander Bałasz? Kiedy go poznajemy mamy rok 1945/6: przyjeżdża z Poznania do Krakowa. To już prawie lekarz, tutaj ma kończyć studia. Ale ma też rodzinę ze sobą. A przyjechał do tego Poznania trafił z Wilna, bo z niego pochodził. W międzyczasie był jeszcze w Mińsku, z którego uciekł, bo się zaczęła wojna niemiecko-sowiecka. Więc jego losy do tego 1946 roku są mocno pokomplikowane, ale też wydają się właściwe dla przedstawicieli jego pokolenia, czyli typowe zmiany miejsca, szukanie szczęścia przez ludzi, którzy byli na wschodnich kresach przedwojennej Rzeczypospolitej - wyjaśnia rozmówca Maksa Cegielskiego. - To jest ważna dla mnie postać także dlatego, jest jednym z tych źródeł, dla których w ogóle pochyliłem się nad tym tematem i spróbowałem do niego podejść. Jego pamiętnik podsunęła mi moja małżonka, też historyczka. Pamiętam pierwsze spotkanie z nim, bardzo ciekawe, w bibliotece - wtedy był anonimowym człowiekiem, nie znałem go jeszcze z imienia i nazwiska. Na jakiś naradzie ministerstwa jakiś lekarz z Lubelszczyzny mówił o budowie łazienek. A chłopi byli nieufni i nie chcieli z tego korzystać... - opowiada.
Motywy polityczne kontra decyzja indywidualna
Oczywiście pojawia się pytanie, dlaczego właściwie ci ludzie z książki godzili się na propozycję wyjazdu na głęboką prowincję? Co nimi powodowało? Czy to była jakaś forma ucieczki? A może, używając języka prawicowego, byli ubekami, "utrwalaczami władzy ludowej"? A może kierują nimi bardziej pozytywistyczne motywy?
- To jest ważne pytanie: dlaczego oni przyjeżdżają? Można to włożyć w plan polityczny: mamy państwo, które chcecie legitymizować. Ono jest oczywiście opresyjne - w tym pierwszym okresie bardzo brutalne - ale z drugiej strony formułuje jednak program pozytywny, tworzy taką komunistyczną wersję państwa dobrobytu, welfare state. I między innymi tak chce się uzasadnić. Ktoś powie, że w 1946 roku to jest nieprawda - i będzie miał rację. Niemniej ktoś umieszcza ogłoszenie w tym Domu Medyków w Krakowie, gdzie mieszka Bałasz, ktoś ma oferty pracy dla innych bohaterów książki - wskazuje Marcin Stasiak. - A z drugiej strony są ci ludzie. I mam nadzieję, że to wybrzmiewa w mojej książce, że oni są indywidualni w swoich wyborach, nie są do końca zmieleni przez tryby historii. Ten Bałasz jest autonomiczny w tym sensie, że wymyśla sobie, że pojedzie gdzieś pod Chełm. Z perspektywy Krakowa to jest daleko, szczególnie, że nikt nic nie wiedział o tej miejscowości. I można go widzieć jako przykład z wielkiej historii, ale on się z tego wymyka - jest po prostu człowiekiem. I jego biografia staje się interesująca - tłumaczy.
Całej rozmowy można posłuchać »TUTAJ«.
Piotr Radecki