Marek Węcowski: starożytnych nie interesował Homer, ale jego dzieła
"Homer na nasze czasy" Marka Węcowskiego jest bestsellerem i trudno przecenić wpływ "Odysei" Christophera Nolana oraz dyskusji, która się wokół niej toczy. A Max Cegielski rozmawia z autorem książki.
Marek Węcowski
Foto: Piotr Podlewski / Polskie Radio
"Homer na nasze czasy" Marka Węcowskiego to erudycyjna i porywająca historia - pełna odkryć, napisana z przekonaniem, że antyczne eposy są doskonałą odpowiedzią na nasze czasy. Kim był Homer? Czy w ogóle istniał? I dlaczego, po upływie trzech tysięcy lat, wciąż czytamy "Iliadę" i "Odyseję"? Powracają do nas w najkrytyczniejszych momentach dziejów. Dziś także mają szczególne znaczenie. Bo okazuje się, że nigdy nie wróciliśmy spod Troi, Achilles wciąż ginie przedwczesną śmiercią, Odyseusz nadal szuka drogi do domu, a bogowie przyglądają się nam z Olimpu z mieszaniną rozbawienia i troski.
Warto również pamiętać, że książka Marka Węcowskiego to niedawna lektura w Trójce czytana znakomicie, choć to zaprawdę niełatwe, przez Przemysława Bluszcza.
Historia, czyli hipoteza i… nic więcej
Współczesna rzeczywistość przyzwyczaiła nas do szybkich, bardzo dokładnych odpowiedzi na właściwie każdy temat. Czy te odpowiedzi są prawdziwe, to już zupełnie inny problem. A to oznacza, że również o Homerze chcemy wiedzieć wszystko: w którym domu się urodził, jaki miał kolor oczu, to był jego ojcem i tak dalej. Tymczasem w swojej książce Marek Węcowski często powtarza, że nauka nie zawsze daje takie ostateczne odpowiedzi
- Jednym z problemów uprawiania historii, zwłaszcza w czasach tak gęstych historycznie, jak nasze (czyli po roku 1989) jest przekonanie, że jeśli historyk znajdzie nowy dokument, to zaraz wiemy naprawdę, jak było. (…) Otóż nie. To wszystko, co mówią historycy i historyczki, ma najczęściej status hipotezy. Hipoteza może być bardziej lub mniej prawdopodobna, ale pozostaje hipotezą. Nie cofniemy się wehikułem czasu, nie porozmawiamy (najczęściej) z uczestnikami wydarzeń w momencie, kiedy coś się działo (..) Dobrze to wiemy, ponieważ nasz materiał źródłowy zawsze jest dziurawy i zawsze wymaga bardzo skomplikowanych wstępnych badań. W związku z tym doskonale zdajemy sobie sprawę, jak trudno dojść do prawdopodobnej historycznej hipotezy - tłumaczy rozmówca Maksa Cegielskiego. - A druga strona medalu jest być może jeszcze bardziej specyficzna w przypadku badaczy greckorzymskich dziejów starożytnych. W tych czasach biografia, i w ogóle zainteresowanie człowiekiem, a nie dziełem literackim, było czymś rzadkim. W dziejach europejskiej kultury, gatunek taki, jak biografia, zainteresowanie konkretnym człowiekiem (nawet jeśli legendarnym), pojawia się dużo później, niż wszystkie inne gatunki literackie: gdzieś w epoce klasycznej. W naszych czasach zdarza się, iż informacje o autorze - co je, z kim się spotyka i ma romans albo której drużynie kibicuje - są ważniejsze, niż jego dzieło. Tymczasem dla starożytnych było to przez długi czas zupełnie nieistotne. I mając te dwie rzeczy na uwadze, kiedy piszemy o Homerze i próbujemy dotrzeć do jakiejś hipotetycznej prawdy na jego temat, zdajemy sobie sprawę jak bardzo zmienne, a w gruncie rzeczy drugorzędne, są te wszystkie spekulacje, w stosunku do tego, co staramy się powiedzieć - też hipotetycznie - na temat samego dzieła - wskazuje.
Dlaczego Zeus bije swoja boską żonę?
Poszukiwania informacji i "prawdy" o Homerze i jego dziełach, zmieniały się w zależności od czasów, w jakich były prowadzone. Bo każda epoka chciała mieć "swojego" Homera, chciała "złapać" odpowiednią ideę w jego biografii i w jego eposach.
- Te próby są swojego rodzaju sprzężeniem zwrotnym. Z jednej strony zmieniające się odkrycia, nowe języki i fakty, zabytki, naukowe działania próbujące wyobrazić sobie Homera zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o innych rzeczach w danym momencie historycznym. Z drugiej strony Homer działa na ludzi trochę inaczej, już nawet niezależnie od odkryć naukowych. I nie jest wyizolowany: jego związki z życiem są raz dalsze, raz bliższe, a "Iliada" i "Odyseja" były i są bardzo ważne w europejskiej kulturze. (…) W starożytności grecko-rzymskiej nauka dotycząca Homera, którą my nazywamy dzisiaj filologią, rodzi się dość szybko. I pochodzi z refleksji ludzi, których my zaliczamy do pionierów filozofii europejskiej, na przykład Ksenofanesa z Kolofonu. A wynika z krytyki, z braku zaufania do moralności Homera i jego bogów. Trzeba więc badać Homera, by go dokładnie zrozumieć jako swego rodzaju autorytet w kulturze. I albo go odrzucić, albo wręcz przeciwnie - ocalić ten autorytet. A zrobić to poprzez spekulacje, które pozwalają nam, na przykład, pogodzić się z faktem że bogowie Homera kłócą się ze sobą, zabijają ludzi i, niekiedy zupełnie bez powodu, w wyniku jakiegoś kaprysu, gwałcą, kradną. Słowem robią to wszystko, co wśród ludzi uchodzi za haniebne - opowiada Trójkowy gość. - Autorytet Homera stał się tak wielki, że zaczęto go uważać również za autorytet moralny i autorytet w sprawach tego, jacy są bogowie (…) Trzeba było więc ten autorytet odrzucić, albo, na przykład, poprzez różnego rodzaju badania dojść do alegorycznej interpretacji jego dzieła. I kiedy Zeus bije Herę, swoją żonę, to nie oznacza, że bogowie bijają swoje żony, tylko że bogowie są alegoriami sił przyrody. A konflikt między Herą a Zeusem to jest konflikt pomiędzy różnymi żywiołami, siłami przyrody. I taka alegoryczna interpretacja Homera, a potem z podobnych powodów Biblii, staje się jednym ze źródeł filologii wyższej. Czyli takiej, która nie tylko bada tekst, ale również ideę chowającą się głębiej za tekstem, w przekonaniu, że każdy tekst ma pod spodem swoje głębokie przesłanie - wyjaśnia.
Homer a nieśmiertelna kwestia kanonu
Okazuje się, że stąd niedaleko już do tak kontrowersyjnego, budzącego dziś wiele emocji, pojęcia "kanon".
- Po podbojach Aleksandra Wielkiego w czasach hellenistycznych, w Aleksandrii powstaje słynna biblioteka i towarzyszący jej tak zwany Museion. To pierwszy ośrodek naukowy w dziejach ludzkości, funkcjonując na koszt państwa, w tym wypadku na koszt króla z dynastii grecko-macedońskiej. Tam z kolei badania stają się bardziej literalne: stają się próbami ustalenia pierwotnego, najlepszego tekstu "Iliady" i "Odysei". Wszystko to w służbie kultury, bo nie chodzi tylko o to, by ustalić sam tekst. Chodzi o to, by powołać do życia i ocalić na zawsze coś w rodzaju kanonu kultury: największych poetów epickich, największych poetów lirycznych, największych attyckich pisarzy piszących prozę, mówców - wylicza Marek Węcowski. - Powstaje, pierwszy raz w dziejach kultury, to, co wydaje się oczywiste, a oczywiste nie jest: przekonanie, że pewne dzieła są nie tylko ponadczasowe, ale wymagają ponadczasowego potraktowania i ponadczasowego przetrwania. Na różne sposoby. W naszych czasach to będzie szkoła, która takie teksty ma utrzymać w naszym krwioobiegu. I stąd często zabawne wydają mi się dyskusje o zmianach w kanonie lektur szkolnych, które zapominają o tym, czym ów kanon lektur szkolnych jest. Nie jest po to, żebyśmy mieli przyjemność z tej czy innej lektury - wiem jak to smutno brzmi. Kanon jest po to, żeby do naszego krwiobiegu weszły teksty, do których wrócimy jako ludzie dorośli. I będziemy wiedzieli coś o Homerze. I może teksty, które odrzucaliśmy w wieku lat 14 czy 15 - "Pan Tadeusz"! - wrócą jako podstawowe dla nas teksty które osobiście przeżywamy, kiedy będziemy mieli lat 40. O to chodzi w lekturach szkolnych, a nie o przyjemność 14-latka. Mówię to jako 14-latek. który kiedyś się męczył z różnymi lekturami - zapewnia.
Całej audycji można wysłuchać »TUTAJ«.
Piotr Radecki