Guillaume Marbeck: zagranie Jean-Luca Godarda było przerażające i ekscytujące

W najbliższy weekend na ekrany polskich kin wejdzie "Nowa fala" Richarda Linklatera, film będący opowieścią o kręceniu słynnego "Do utraty tchu" Jean Luca-Godarda, który nb. też można obejrzeć w polskich kinach. A Kinga Kurysia rozmawiała z Guillaumem Marbeckiem, odtwórcą roli francuskiego reżysera.

Guillaume Marbeck: zagranie Jean-Luca Godarda było przerażające i ekscytujące

Guillaume Marbeck jako Jean-Luc Godard w filmie "Nowa Fala", reż. Richard Linklater

Foto: mat. prasowe

Francja, koniec lat 50. Paryż jest kulturalną stolicą świata: tu powstaje fantastyczna muzyka, literatura. Niespełna 30-letni krytyk filmowy Jean Luc-Godard postanawia udowodnić, że potrafi nakręcić lepszy film, niż te o których pisze i krytykuje. Zadanie jest karkołomne, ale nie niemożliwe. Tworzy zarys fabuły, szuka aktorów, a przede wszystkim - pieniędzy. Film, który ostatecznie powstaje, zmienia historię światowego kina.


Wymarzony początek kariery po 13 latach oczekiwania

"Do utraty tchu" stało się symbolem Nowej Fali. Ten nurt, który na całym świecie odświeżył spojrzenie na kino, rezonuje do dzisiaj. I "Nowa Fala" Richarda Linklatera jest swoistym hołdem dla Jean Luc-Godarda, człowieka, który stworzył ten film. Główną rolę zagrał reżyser, scenarzysta Guillaume Marbeck, dla którego był to pełnometrażowy debiut aktorski.

- Czułem się, jakbym wygrał los na loterii, a zarazem wydawało mi się że to klątwa. Bo musiałem zagrać jedną z tych postaci, o których każdy twórca filmowy ma coś do powiedzenia. I za którą gotowi są cię zabić, jeśli zrobisz to źle (śmiech). Więc już od pierwszego dnia zdjęć zdałem sobie sprawę, że nikt nie zajmie mojego miejsca. I zdałem sobie sprawę, czym jest bycie aktorem na naprawdę wielkim planie filmowym, z ogromnym budżetem, ekipą produkcyjną i obsługą. Nie możesz więc tego zepsuć. To było zarazem przerażające i ekscytujące - wspomina aktor w rozmowie z Kinga Kurysią. - W pewnym momencie powiedziałem sobie "No dobrze, to są profesjonaliści: skoro mnie wybrali, to wiedzą, co robią. A jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie ich wina - nie moja". To mnie uwolniło - przyznaje.

- Nie mogłem sobie wyobrazić lepszego początku kariery. Mówiłem sobie "Zostałeś wybrany przez jednego ze swoich ulubionych reżyserów. To Amerykanin, jego scenariusz jest po francusku, opowiada o reżyserze, którego wszyscy znają, więc każdy, kto zajmuje się filmem, obejrzy ten film. A to główna rola." A potem kręcimy film, który trafia na festiwal filmowy w Cannes, do Toronto, Nowego Jorku, na wszystkie festiwale na świecie. A teraz w Polsce. To coś, czego w najśmielszych snach sobie nie wyobrażałem. Warto było czekać na taki debiut aż 13 lat - dodaje.


Facet, który chciał stworzyć film o swoich filmowych herosach

Kolejne pytanie dotyczyło tego, jak się układała współpraca z Richardem Linkleterem, uznanego reżysera, twórcy wielu głośnych hitów filmowych.

- To było wspaniałe przeżycie. Na początku myślałem, że amerykański reżyser będzie bardziej dyktatorem, niż zwykłym przyjacielem, ale on jest zupełnie inny. To po prostu facet, który uwielbia kręcić filmy. Do tego zależy mu na tym, aby każdy poczuł, że to także jego film, że tworzymy go razem. Szanuje zdanie innych. To było dla mnie doświadczenie otwierające oczy: kiedyś myślałem, że reżyser musi wiedzieć wszystko. Zdałem jednak sobie sprawę, że to zbyt duży ciężar dla jednej osoby - opowiada Guillaume Marbeck. - Poza tym Richard chciał stworzyć film o swoich filmowych herosach: tych facetach, z którymi zawsze chciał spędzać czas, ale kiedy zaczął robić filmy, byli już za starzy i się zmienili. Marzył o tym, aby spędzać czas z tymi młodymi ludźmi z nurtu Nowej Fali w tamtych czasach. I udało mu się zrealizować to marzenie teraz, gdy ma około 60 lat. Choć dla młodych reżyserów to on teraz jest tym zbyt starym facetem - śmieje się.

- Ale też musiało to być naprawdę wspaniałe dla Richarda przeżyć to, co przeżył Godard mając 30 lat i kręcąc swój pierwszy film. Myślę też że, jego gest ma na celu zachęcenie całego młodszego pokolenia, by tak jak nowofalowcy zebrało ludzi w wieku 20-30 lat i ruszyło z kamerą w filmową przygodę. Bo nawet, jeśli nakręcić kiepski film, to tworzysz bezcenne, wspaniałe wspomnienie - wskazuje.

Całej rozmowy można wysłuchać »TUTAJ«.


Piotr Radecki