Zakończenie pierwszego etapu "Teraz Pieszo". Paweł Turski w Borze
Paweł Turski zakończył pierwszy etap wyprawy "Teraz Pieszo". Metą jego wędrówki była niewielka wieś Bór, do której dotarł przez Ząb i Sierockie. Na trasie spotkał pana Tadka, pracującego niegdyś przy domu Kamila Stocha, natrafił na charakterystyczną żółtą ciężarówkę z mrożonkami, znaną z lat 90., oraz poznał pana Artura, który opowiedział mu o komunikacyjnych problemach mieszkańców Boru.
Paweł Turski w Borze.
Foto: Trójka Polskie Radio
Paweł Turski zakończył pierwszy etap wyprawy "Teraz Pieszo". W ostatnim odcinku dziennikarz Trójki odwiedził Ząb, rodzinną miejscowość Kamila Stocha, natrafił na charakterystyczną żółtą ciężarówkę z mrożonkami, pamiętaną z lat 90., oraz dotarł do wsi Bór. Tam poznał codzienność mieszkańców i ich problemy z dostępem do komunikacji zbiorowej.
Śladami Kamila Stocha i z nostalgią za latami 90.
Podsumowując pierwszy etap wędrówki, Turski przyznał, że szczególnie zapamięta ulewę, która zaskoczyła go za Zawoją. Trudne warunki stały się dla niego lekcją pokory i wytrwałości. Ostatni odcinek rozpoczął natomiast w Zębie, gdzie spotkał mężczyznę pracującego wcześniej przy domu Kamila Stocha.
- Co zapamiętam na zawsze? Tak się zastanawiam... Chyba ulewę za Zawoją, bo to było rzeczywiście takie doświadczenie uczące pokory oraz tego, by się przełamać mimo niesprzyjających warunków pogodowych. Bo w mieście, jak pada, to iść nie trzeba. Ale jak się jest na wyprawie, to wiadomo, że kiedyś nadejdzie noc, więc trzeba iść. Może więc polubiłem się z deszczem? Wracając do ostatniego etapu: ostatnie kilometry pierwszego etapu "Teraz Pieszo", podczas którego chodzę z trójkowym wózkiem, zacząłem w Zębie. To wieś, w której mieszka trzykrotny mistrz olimpijski Kamil Stoch, oraz najwyżej położona wieś w Polsce. W Zębie spotkałem pana Tadka, który, jak się okazało, kładł kamień w domu Kamila Stocha – mówi Turski.
Pan Tadek zapewniał, że życie w wysoko położonej miejscowości nie sprawia mu większych trudności. Zimą najważniejsze są jego zdaniem odpowiednie przygotowanie samochodu oraz dobra znajomość lokalnych dróg.
- Ja mam wprawę w jeździe zimą. Trzeba mieć dobre opony, jak się wjeżdża. Trzeba dobrze znać okolicę - mówił pan Tadek.
Dla Turskiego trasa okazała się jednak wymagająca. Dziennikarz musiał prowadzić trójkowy wózek po gruntowej drodze o znacznym nachyleniu. Nie zrezygnował i dotarł do Sierockiego, gdzie usłyszał melodię dobrze znaną z lat 90.
- Jakbym znał okolicę, to może wybrałbym drogę naokoło Zakopanego do Zębu. Szedłem z Zakopanego do Zębu i trafiłem na drogę bardziej gruntową niż gminną, utwardzoną. Szedłem sobie z tym wózkiem przy 18-procentowym nachyleniu. Niektóre samochody się tam poddawały, ja się nie poddałem. (...) Z Zębu poszedłem do wsi Sierockie. Byłem już na szczycie tej wsi, gdy nagle usłyszałem pewien dźwięk. Pewnie pamiętają go państwo z lat 90. Zdziwiłem się, że to jeszcze istnieje - mówi Turski.
Źródłem melodii była charakterystyczna żółta ciężarówka, z której sprzedawano lody i inne mrożone produkty. Choć firma znana z takich samochodów upadła w 2012 roku, jeden z jej byłych pracowników nadal kontynuuje działalność na terenie Małopolski.
- Dalej to funkcjonuje. Po Małopolsce jeździ kilka samochodów. Kontynuuje to jeden z pracowników, bo firma upadła w 2012 roku - mówi jeden z rozmówców Turskiego.
Jak zauważył Turski, na samochód trudno natrafić przypadkowo. Jego trasa nie jest znana turystom, ale mieszkańcy doskonale wiedzą, w jakich godzinach mogą spodziewać się charakterystycznej melodii.
- Ciężarówki z mrożonkami nadal istnieją. Na małopolskich wsiach wciąż się pojawiają. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo spodziewałem się, że mrożonek nie da się już w ten sposób kupić. Rozkład jazdy tych ciężarówek jest dla turystów nieznany. Po prostu trzeba tam mieszkać i wiedzieć, że we wsi Sierockie około godz. 17.30–18.00 zatrzymuje się żółty samochód z pięknie brzmiącą melodią - mówi Turski.
Po krótkiej przerwie przy mrożonkach dziennikarz ruszył w dalszą drogę. Zbliżający się wieczór zmusił go do przyspieszenia, aby przed zapadnięciem nocy dotrzeć do mety pierwszego etapu.
- Pokazywano mi te mrożone produkty, więc trochę ostygłem i ruszyłem dalej. Droga nie była prosta, bo prowadziła z górki. Czasami musiałem biec z wózkiem, gdyż zegar jest nieubłagany, noc się zbliżała, a ja musiałem dojść do wsi Bór, czyli mety pierwszego etapu. Dotarłem tam 20 minut przed godz. 21.00 - mówi Turski.
Posłuchaj audycji w Trójce:
Spotkanie z panem Arturem
Po dotarciu do Boru Turski spotkał 18-letniego Artura. Dziennikarz zapytał mieszkańca, jak można spędzać czas w miejscowości i jakie atrakcje czekają na przyjezdnych.
- We wsi Bór spotkałem Artura, który ma 18 lat. Zapytałem, co można robić we wsi Bór. Okazało się, że wybrałem nietypową destynację - mówi Turski.
Jak odpowiedział młody mieszkaniec, lista miejscowych atrakcji jest krótka.
- Tutaj nie ma zbyt wielu rzeczy. Jest kościół, cmentarz, mamy sklep i szkołę. W zasadzie niczego więcej nie ma - mówi pan Artur.
Poważniejszym problemem okazuje się jednak komunikacyjne wykluczenie miejscowości. Na początku 2026 roku zlikwidowano połączenia autobusowe, a pozostałe busy kursują w dużych odstępach czasu.
- Wcześniej było lepiej, bo były autobusy, ale na początku tego roku zostały zlikwidowane. Jedyne, co pozostało, to busy, ale one rzadko jeżdżą. Z dojazdem jest ciężko. Może kursują co trzy godziny? - mówi rozmówca Pawła Turskiego.
Pierwsza część wyprawy dobiegła końca, ale Turski już przygotowuje się do dalszej wędrówki. Kolejny etap "Teraz Pieszo" poprowadzi przez Warmię i Mazury.
- Kolejny etap podróży odbędzie się na przełomie lipca i sierpnia. Będę chodził po Warmii i Mazurach. Już nie mogę się doczekać spotkań z państwem – mówi dziennikarz.
Mateusz Wysokiński