"Wichrowe Wzgórza" Emerald Fennell: kolorowe, pastelowe, kampowe, przerysowane

Na polskie ekrany weszła właśnie kolejna ekranizacja "Wichrowych Wzgórz" Emily Brontë, tym razem wyreżyserowana przez Emerald Fennell. I właśnie o ttym filmie Katarzyna Borowiecka w audycji "Wszystko Wszędzie Teraz" rozmawia z krytyczką filmową Małgorzatą Steciak.

"Wichrowe Wzgórza" Emerald Fennell: kolorowe, pastelowe, kampowe, przerysowane

Jacob Elordi i Margot Robbie w "Wichrowych Wzgórzach", reż. Emerald Fennell

Foto: mat. prasowe

Powieść "Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë ukazała się w roku 1847 i początkowo nie zyskała pozytywnych ocen: zarzucano jej brutalność i ponury nastrój. Z czasem jednak jej odbiór się zmienił. Dzisiaj powieść zaliczana jest do kanonu literatury angielskiej.

"Wichrowe Wzgórza": ponad 100 lat na ekranie

Światowa kinematografia bardzo chętnie sięgała i sięga po "Wichrowe Wzgórza". Pierwsza ekranizacja pochodzi z roku 1920: wyreżyserowana przez A.V. Bramble’a, z Colette Brettel i Miltonem Rosmerem w rolach głównych. Wyreżyserowana przez Williama Wylera wersja z roku 1939 (w rolach głównych Merle Oberon i Laurence Olivier) to absolutny klasyk, natomiast wśród współczesnych wyróżnia się ekranizacja z roku 1992 w reżyserii Petera Kosminsky’ego, gdzie główne role zagrali Juliette Binioche i Ralph Fiennes. W połowie lat 50. Po tę powieść sięgnął Luis Buñuel: jego film nakręcony w Meksyku nazywał się "Wzgórza Wichrów", a bohaterowie nosili imiona Alejandro i Caterina. Z kolei najoryginalniejsza wydaje się "Arashi ga oka" z roku 1988 przeniesiona przez Yoshishige Yoshidę w realia średniowiecznej Japonii. W rolach głównych Yûko Tanaka i Yûsaku Matsuda.


Przetworzenie pierwszej wizji czytającej 14-latki

Film Emerald Fennell jest ekranizacją "Wichrowych Wzgórz", niewątpliwie dość daleką od klasycznego ujęcia. - Jeśli oczekujemy prawdziwej ekranizacji, to się rozczarujemy, bo jak mówi sama Fennell, to jest przetworzenie jej reakcji na "Wichrowe Wzgórza" kiedy "jako 14-latka przeczytała je po raz pierwszy". Faktycznie coś jest w tym podejściu: dziewczyńskim, kolorowym, pastelowym, przerysowanym. A z drugiej strony jest to ironiczne, kampowe, odwołujące się do klasyki Hollywoodu od "Przeminęło z wiatrem" po melodramaty Douglasa Sirka, które już wtedy były sztuczne przerysowane i emocje tam zawsze były większe niż życie. To jest estetyka którą albo kupujemy, albo nie. Mnie się akurat podoba, do mnie przemawia - mówi krytyczka filmowa Małgorzata Steciak. - Natomiast mam poczucie, że jest tam jeszcze jakaś niezrealizowana szansa. Film zaczyna się fantastycznie i ta estetyka, to przerysowanie i brawura reżyserki, która sięga po klasykę literatury, ale robi to zupełnie po swojemu, jest w porządku, tylko później mam wrażenie, że ten pomysł gdzieś w połowie filmu się rozmywa - ocenia.


Jacob Elordi - zmarnowana szansa?

Produkcja od początku spotkała się z krytyką, z powodu obsadzenia Margot Robbie w roli Catherine i, szczególnie, Jacoba Elordiego w roli Heathcliffa. Krytycy uważali, że Heathcliffa, opisanego w tekście Brontë jako mającego ciemne włosy, oczy i karnację, powinien zagrać ciemnoskóry aktor. A Elordi, jako żywo, taki nie jest. Ale podobno wygląda tak, jak Heathcliff na ilustracjach książki, która czytała 14-letnia Fennell.

- Elordi w tej roli jest w porządku: naprawdę jest przekonujący, bardzo ciekawie wygrywa te wszystkie targające nim sprzeczności - mówi Trójkowa gościni. - Ale jeśli mam opowieść, która oscyluje między wokół innego, gdzie możemy obsadzić kogoś z mniejszości, i tego nie robimy, to zawsze jest jakiegoś rodzaju zmarnowana szansa. I może pod tym względem trochę szkoda, że ten casting nie jest trochę inny - zastanawia się.

 

Piotr Radecki