Niepełnosprawność mnie nie zahartowała - mówi nam pływaczka Alicja Giedryś
Jest 14 osobą z Polski, która przepłynęła wpław Kanał La Manche. Jest też pierwszą kobietą, która pokonała dystans 36 km na trasie Gdynia-Hel-Gdynia. W sztafecie przepłynęła Bałtyk - z Władysławowa na Gotlandię. Czym jest pływanie na wodach otwartych i co myśli się pośrodku niczego? - rozmawiamy z Alicją Giedryś, pływaczką z niepełnosprawnością ruchową.
Alicja Giedryś na plaży w Folkestone (Wielka Brytania), w oczekiwaniu na okienko pogodowe. Sierpień 2024 r.
Foto: Archiwum prywatne Alicji Giedryś
Pływanie wpław przez Kanał La Manche, bez użycia dodatkowych środków wspomagających, zapoczątkował w 1875 roku kapitan Mathew Webb. Obecnie przeprawy kontrolowane są przez dwie federacje, które dbają o przestrzeganie zasad. Wymagana jest eskorta łodzi i obecność na jej pokładzie obserwatora federacji. Przeprawa musi rozpocząć się i zakończyć na lądzie, a aby zaliczyć próbę i znaleźć się w oficjalnych rejestrach - pływak może mieć na sobie jedynie tekstylny kostium kąpielowy, czepek i okularki pływackie.
Zimna woda - w sierpniu średnia temperatura wody w Kanale wynosi od 16,5 do 18 stopni Celsjusza - silne prądy pływowe, zafalowanie, zmienna pogoda i duży ruch statków - sprawiają, że przepłynięcie Kanału to nie lada wyzwanie. Alicji Giedryś zajęło to 12 godzin 29 minut.
- To nie jest najtrudniejsza przeprawa z tych, które pływają ludzie. Natomiast ma opinię najbardziej ikonicznej. Często porównywana jest do wejścia na Mount Everest - wyjaśnia pływaczka.
Alicja Giedryś pomiędzy Wielką Brytanią a Francją. Gdy dopływa się na drugi brzeg
Co czuje człowiek po przepłynięciu wpław z Wielkiej Brytanii do Francji? Dla Alicji Giedryś była to przede wszystkim radość, że potwierdziły się jej wyobrażenia na temat przeprawy. - Było przepięknie. Spełniło się to, co sobie wymarzyłam: obserwowanie wody, wyłapywanie różnic, jak: zmiana jej koloru, pojawienie się innego rodzaju meduz - opowiada. - Miałam w sobie mnóstwo ciepłych uczuć, ale nic w stylu: mam to, zrobiłam to, udało się w końcu. Nie było w tym nic z kategorii zwycięstwa i walki - dodaje.
Na brzegu przywitali ją plażowicze i partner, który na ostatnim odcinku także wszedł do wody. - Zasady są takie, że trzeba skończyć przeprawę na suchym lądzie. Kapitan pokierował mnie na piaszczystą plażę, dzięki temu nie miałam problemów z wyjściem z wody. To było takie urocze, że nie byłam tam sama, tylko ktoś mnie witał - wspomina pływaczka.
Do trzech razy sztuka
Do przepłynięcia Kanału podchodziła trzy razy. Po dwóch nieudanych próbach czuła się nim nienasycona. Zależało jej na tym, aby skonfrontować swoje wyobrażenia dotyczące płynięcia z rzeczywistością. - Pierwszą próbę skończyłam po 2 godzinach z powodu silnego bólu biodra, wynikającego z niepełnosprawności - opowiada Alicja Giedryś. - Wystartowałam w nocy, nie zdążyło świtać. Oprócz tego, że czułam się fizycznie obolała, było mi smutno, że nie zobaczyłam ani zmieniającego się koloru wody, ani meduz - wyjaśnia.
- Za drugim razem straciłam świadomość w trakcie płynięcia - najprawdopodobniej z powodu hipotermii - więc też niewiele pamiętałam. Obserwator z ramienia federacji pływackiej, który był na łódce, zorientował się, że coś ze mną jest nie tak, że płynę mechanicznie, nie do końca świadomie. Zatrzymali mnie na jedzenie i faktycznie okazało się, że jestem nieobecna. Nie odpowiedziałam na pytanie, jak mam na imię - mówi. - Wtedy kapitan z obserwatorem podjęli decyzję, że wyciągają mnie z wody. Ocknęłam się dopiero po godzinie - dodaje.
- Trzecia próba nie była o tym, żeby coś udowodnić. Przed podjęciem decyzji o kolejnym podejściu zależało mi, aby uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie chcę to zrobić - opowiada Alicja Giedryś. - Zrozumiałam, że chciałam zobaczyć, jak to dalej wygląda. Pobyć w tym wielkim błękicie, poobserwować, doświadczyć różnych stanów psychicznych, emocji, relacji z moim suportem na łodzi - przyznaje. - Absolutnie nie zależało mi na tym, aby zapisać się na kartach historii - śmieje się.
W wodzie czuje się jak w domu
Przygoda Alicji Giedryś z pływaniem zaczęła się w dzieciństwie. - Klasycznie, jak każdego dzieciaka z niepełnosprawnością - rodzice wrzucili mnie do wody, bo pływanie jest najlepszą rehabilitacją. Trafiłam do sekcji pływackiej dla osób niepełnosprawnych, zaczęłam startować w zawodach, miałam marzenia, żeby trafić do kadry, ale byłam na to za wolna - opowiada. - Gdy już podjęłam decyzję, że kończę moją w wielkim cudzysłowie karierę pływacką, trafiłam na zawody, które odbywały się na jeziorze i zakochałam się w takim pływaniu - dodaje.
"Na wodach otwartych mieszka sens tego wszystkiego" - pisze Alicja Giedryś na swoim blogu. Co czuje się, gdy wokół nie ma już nic? Tylko przestrzeń i horyzont. Zawieszenie.
- Woda jest dla mnie otulająca. Z jednej strony fascynuje mnie to, że jest zmienna, że nie wiem co mnie spotka za chwilę. To budzi we mnie ciekawość, nie lęk. Oczywiście z wielkim respektem do niej podchodzę. Np. jadę na trening i czuję, że ta woda do mnie nie mówi. I wtedy nie wchodzę - opowiada.
Alicja mieszka w Gdańsku. Znaczącą część treningów robi w zatoce. - Lubię siebie w wodzie. Czuję się w niej jak w domu, bezpiecznie, swobodnie - przyznaje. - Na lądzie pod wieloma względami jest mi o wiele trudniej. Mam problemy z chodzeniem - w wodzie ich nie odczuwam. Ciało mniej mi ciąży. Mam jego inną świadomość. W pływaniu jest jakiś dodatkowy wymiar mojego istnienia - stwierdza.
Wpław na Gotlandię
Po sukcesie w Kanale Alicja Giedryś dostała zaproszenie do udziału w sztafecie "Wpław na Gotlandię" - pływacy przepłynęli łącznie ponad 250 km, w czasie 82 godzin. To dotychczas najdłuższa sztafeta pływacka na Bałtyku. - Było nas czworo. Zmienialiśmy się w systemie: 3 godziny płynięcia, 9 godzin odpoczynku, czyli dwa razy na dobę wskakiwaliśmy do wody - opowiada. - Tylko z tą trójką ludzi, plus całą ekipą, byliśmy w stanie przepłynąć taki odcinek. Przeciąć jak świry przez Bałtyk - tego się nie da zrobić na takim dystansie samemu - śmieje się pływaczka.
- Fantastyczna ekipa kapitańska gotowała dla nas herbaty, zupy i inne smaczne rzeczy. Mieliśmy ze sobą fizjoterapeutę - masował nas, gdy było trzeba. Ja wypatrywałam fok, trochę spałam. No i po tych 9 godzinach odpoczynku kolejny skok do wody i tak zleciał ten czas - wspomina.
Uczestnicy sztafety płynęli w piankach. - To było dla mnie odczuwalne. Pianka trochę przeszkadza, sprawia że relacja z wodą jest inna. Inaczej się ją czuje - mówi. Z drugiej strony wody Bałtyku nie są najczystsze. - Przynajmniej nie dotykaliśmy tego, co unosiło się na powierzchni - stwierdza.
Ekipa "Wpław na Gotlandię" na mecie: Joanna Janicka, Alicja Giedryś, Wojciech Kostrzewa, Grzegorz Bednarczyk. Głowa
Co jest najtrudniejsze w pływaniu długodystansowym - zapanowanie nad głową czy ciałem? Mówi się, że 80 proc. sukcesu to część mentalna, ale czy zawsze tak jest? Z doświadczenia Alicji Giedryś wynika, że niekoniecznie.
- Głowa jest potrzebna. Ale gdy płynęłam drugi raz przez Kanał, w pewnym momencie głową nie mogłam zrobić już nic - bo mi ją po prostu odcięło. Miałam wcześniej pewne problemy z przyjmowaniem pokarmu, trochę wymiotowałam, opiłam się za dużo wody, ale dawałam radę. Finalnie załatwiło mnie zimno. I nie było przestrzeni na to, żeby uruchomić jakieś myki psychologiczne, bo organizm powiedział koniec. Jestem więc ostatnią osobą, która powie, że ograniczenia są tylko w naszej głowie, bo to jednak ciało się przemieszcza - mówi pływaczka.
Sytuacje skrajne się zdarzają, częściej jednak jest szansa na reakcję. - W czasie płynięcia doświadcza się różnych trudności i to od ciebie zależy, co z tym zrobisz. Czy będziesz miał odwagę i siłę, aby pomimo niedogodności i bólu płynąć dalej? - pyta Alicja Giedryś i dodaje, że ma na to wypracowane sposoby. - Trochę rozmawiam ze swoim ciałem, specyficznie oddycham, przywołuję w głowie obrazy, na których się skupiam, komunikuję supportowi, że coś jest nie tak i pytam, co z tym zrobić - opowiada.
Podkreśla jednocześnie, że warto zachować równowagę. - W czasie płynięcia karta może się odwrócić w jednej chwili. Jest super i nagle robi się dramat, bo np. zmienił się prąd. Ważne, żeby ani nie rozpłynąć się w tym rozanieleniu, ani nie dać pochłonąć przeciwnościom. Bo ani nie będzie zawsze różowo, ani najprawdopodobniej nie będzie do końca tak tragicznie - podkreśla. Przypomina także, że warunki zawsze dyktuje woda, przyroda. - To ona pozwala albo nie pozwala przepłynąć. To są rzeczy, na które nie ma się wpływu. Zerwie się burza i koniec - dodaje.
Myśli przychodzą i odchodzą
Pływanie daje dużo przestrzeni na myślenie. Czy myśli się wtedy o czymś konkretnym, czy jak w medytacji - puszcza się to, co przychodzi i nie daje temu uwagi?
- Nauczyłam się, że nie ma co się starać nie myśleć. Pewne myśli automatycznie po prostu przychodzą same. Uczę się ćwiczyć moją reakcję na nie, staram się je zauważać. Czasem się zatrzymuję i nad nimi zadumam. A czasem obserwuję i puszczam dalej - tłumaczy Alicja Giedryś. - Jak płynęłam Kanał, to wpadła mi myśl, czy zapłaciłam ZUS - śmieje się. - I oczywiście pierwszą rzeczą po wyjściu było sprawdzenie, czy to zrobiłam - mówi i dodaje, że takie myśli od czapy też się zdarzają. Są też takie, które sama inicjuje. - To są takie myśli uważnościowe. Patrzę na wodę i szukam meduzy. Sprawdzam, co tam słychać w moim ciele. Albo zapraszam do głowy zwierzaki moich przyjaciół i cieszę się wspomnieniem na ich temat. Czasem zapraszam bliskich, czasem piosenkę, a czasem po prostu liczę: raz, dwa, trzy, raz, dwa trzy… - szczególnie, gdy robi się trudno i chcę wpaść w rytm - opisuje.
Co nie zabije, niekoniecznie wzmocni
Czy niepełnosprawność może zahartować? Czy trudności dnia codziennego sprawiają, że człowiek staje się silniejszy? Czy to jednak jest coś za coś?
- Gdyby nie niepełnosprawność, pewnie nie zaczęłabym pływać. Pewnie też jestem takim pływakiem - jakim jestem, właśnie dlatego że jestem niepełnosprawna. To mnie ukształtowało. Jak się nie może biegać, to znajduje się inną niszę, rozwija się w innych obszarach, ale czy to ma tylko pozytywne aspekty, to raczej nie - odpowiada Alicja Giedryś.
- Całe życie chodziłam na rehabilitację, ćwiczyłam, byłam w pewnym reżimie. Byłam dzielna, konsekwentna i pod linijkę. Nie dopuszczałam do siebie faktu, że niepełnosprawność jest jednak pewnym rodzajem przeszkody. I może warto ją zaakceptować a nie robić wszystko, żeby jej nie było - mówi pływaczka i przyznaje, że od kilku lat choruje na depresję.
- Najtrudniejsze w przygotowaniach do trzeciego Kanału było dla mnie pójście do lekarza. Przyznanie przed samą sobą, że potrzebuję pomocy, że czegoś nie dowiozłam. Plus obawa, czy biorąc leki można być w formie na tak wymagające fizycznie wyzwanie. Tak więc to było najtrudniejsze i pewnie najważniejsze. Nie to, że pływałam po 12 godzin w basenie, czy że pływałam w 14-stopniowej zatoce - ale jak zrobić, aby rano chciało mi się wstać z łóżka. Straciłam chęć na cokolwiek - opowiada.
Zdaniem Alicji Giedryś nie da się człowieka zahartować bez konsekwencji. - On może być silny w trudnych momentach, ale nie można być silnym bez końca. Wcześniej czy później przyjdzie za to zapłacić - podkreśla pływaczka.
Posłuchaj audycji Trójki:
Rozmawiała Magdalena Hejna