O nieznanych losach polskich chłopek we Francji. Maryla Laurent gościnią Trójki
Maryla Laurent była gościnią "Brakującej połowy dziejów". Współautorka książki "Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji" opowiedziała o losach polskich emigrantek.
Maryla Laurent gościnią Trójki/ Foto: screen/youtube.com/Fundacja Olgi Tokarczuk
Omówienie
Maryla Laurent była gościnią Trójki
W audycji "Brakująca Połowa Dziejów" opowiedziała o losach Polek, które w latach 30. XX wieku jeździły do Francji w celach zarobkowych.
Laurent jest współautorką książki "Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji"
Wyjeżdżały z polskich wsi do Francji w poszukiwaniu pracy. Bez znajomości języka, często samotne i zdane na łaskę pracodawców trafiały na odległe gospodarstwa, nie wiedząc, co czeka je na miejscu. Świadectwem ich losów pozostały niezwykłe listy do Julii Lachowicz-Duval - inspektorki, która dla wielu emigrantek stała się powierniczką i ostatnią instancją ratunku. O wyzysku, przemocy, samotności, ale również niezwykłej sile polskich kobiet Anna Kowalczyk rozmawiała w "Brakującej połowie dziejów" z prof. Marylą Laurent, współautorką książki "Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji".
Redakcja poleca
Brakująca Połowa Dziejów
Historia
"To się zaczęło po I wojnie światowej"
Początków tej historii należy szukać tuż po I wojnie światowej. Francja poniosła ogromne straty ludnościowe, a przemysł, kopalnie i gospodarstwa rolne zaczęły zmagać się z brakiem rąk do pracy.
- To się zaczęło po I wojnie światowej. Francja była wyludniona przez mężczyzn. Brakowało mężczyzn, brakowało w kopalniach, brakowało w przemyśle, bo dla Francuzów I wojna światowa jest większym przeżyciem historycznym, rodzinnym, niż II wojna światowa - mówi gościni "Brakującej połowy dziejów".
Rozwiązaniem miała być zawarta z odrodzoną Polską umowa dotycząca wymiany pracowników. W praktyce przepływ odbywał się przede wszystkim w jednym kierunku. Francuzi potrzebowali nie tylko górników i robotników przemysłowych, ale również ludzi do pracy na wsi. Rekruterzy ruszyli więc po polskich miejscowościach w poszukiwaniu kobiet gotowych do wyjazdu.
Redakcja poleca
- Francja podpisała z Polską odrodzoną umowę i też wiemy, w jak ciężkiej sytuacji (...) Umowa była taka, że wymieniamy pracowników. Oczywiście ta wymiana była tylko w jednym kierunku. Nie będziemy dzisiaj mówiły o tym prawie milionie ludzi, którzy przyjechali do przemysłu, górników (...) Książka dotyczy samotnych kobiet. Na wsiach zabrakło ludzi, ludzi do dojenia krów, do pól, bo synowie wymarli na wojnie, bo ojcowie wymarli na wojnie. No i tutaj zrzeszenie rolników francuskich. Po polskich wsiach jeździli ludzie, którzy zatrudniali do pracy. Już wtedy była selekcja, bo to musiały być dziewczyny silne, zdrowe (...) Młode niekoniecznie, czasami bywały czterdziestki, które były wdowami (...) Ich los był zawsze najcięższy - jechały, aby dzieci z głodu nie umierały. Ich sytuacja psychiczna była najcięższa - mówi współautorka książki.
Skalę i charakter ich doświadczeń pokazuje około 1300 odnalezionych listów. To właśnie z nich wyłania się obraz kobiet, które wyruszały w podróż właściwie w ciemno. O Francji wiedziały niewiele, a wcześniejsze doświadczenia migracyjne ich otoczenia dotyczyły przede wszystkim sezonowych wyjazdów zarobkowych do Niemiec.
- Myśmy znalazły 1300 listów. Ja je wszystkie przeczytałam i one nie wiedziały niczego. Jeśli miały jakieś wyobrażenie, to to, jakie były opowiadane, czy czasami mogły być o tak zwanych saksach. Ale saksy to były w pobliżu, sezonowo, na przykład do Niemiec. Tam było więcej ludzi, czy jechał cały pociąg, czy na miejscu ludzie byli i tak dalej. Natomiast one nie miały wyobrażenia, czym jest Francja. Czasem miały większe wyobrażenie, czym jest Ameryka, bo ktoś czasem wrócił = mówi Laurent.
"One zajeżdżały na zabitą deskami wieś"
Na miejscu nie czekał na nie świat, który znacząco różnił się od tego pozostawionego w Polsce. Często ponownie trafiały na odległą wieś. Tym razem były jednak pozbawione rodziny, znajomych i możliwości swobodnego porozumiewania się z otoczeniem. Bariera językowa sprawiała, że nawet w sytuacji zagrożenia zdrowia uzyskanie pomocy stawało się problemem.
- One zajeżdżały na zabitą deskami wieś, na taką, z której wyjechały. Tylko na tej wsi nikt nie znał słowa po polsku, one ani słowa po francusku. Te listy piszą o tym, co się im działo, jak na to reagowały. Jeden jest ciekawy i taki charakterystyczny, o takiej kobiecie, co pisze, że połknęła kość, że był lekarz, dał jej coś. Ale że bardzo prosi, żeby opiekunka przyjechała, żeby wytłumaczyć, że ona ma kość, którą muszą usunąć, bo inaczej ona umrze z tą kością w gardle. To są takie listy napisane w stanie wielkiej emocji - mówi gościni audycji.
Listy dokumentują jednak nie tylko bezradność, samotność i dramatyczne warunki życia. Prof. Maryla Laurent zwraca uwagę, że samo napisanie prośby o pomoc było już formą działania. Polki próbowały walczyć o siebie i zmianę swojego położenia - nawet wtedy, gdy pozostawał im właściwie tylko list.
- One strasznie w tych listach narzekają... to znaczy narzekają. Mówią: "tu potrzebuję pomocy". Ale sam ten ich list, ten apel, nawet jak jest płaczliwy, to jest sposobem walki. Bo one chcą z tego wyjść, nie załamują rąk - mówi gości audycji
Redakcja poleca
Źródło: Brakująca Połowa Dziejów
Chcesz czytać nas częściej?
Dodaj nas do preferowanych źródeł, aby nasze newsy zawsze wyświetlały Ci się na górze wyników Google.
Autor
Redaktor
W Polskim Radiu od 2025 roku, przedtem w "Super Expressie". Na portalu Trójki zajmuję się głównie opisywaniem świata muzyki - od gitarowych brzmień klasyków rocka i metalu, po elektroniczne beaty i rapowane wersy. Miłośnik podróży, kina, literatury, popkultury, sztuki i piłki nożnej.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Aby być na bieżąco z informacjami Trójki, obserwuj nas na Facebooku oraz w Wiadomościach Google.