Janusz Zaorski: "Syrenka Picassa" to film, w którym są nadzieja i optymizm
Nowy film "Syrenka Picassa", niezwykłe urodziny i, oczywiście, piłka nożna - to tylko niektóre tematy, o których z Januszem Zaorskim w audycji "Ludzie i muzyka" rozmawiała Agnieszka Szydłowska.
Janusz Zaorski gościem Agnieszki Szydłowskiej w audycji "Ludzie i Muzyka"/ Foto: Trójka
Janusz Zaorski, znakomity reżyser, scenarzysta i producent, na początku lat 90. był prezesem Komitetu ds. Radia i Telewizji, a później członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Uznawany za jednego z przedstawicieli nurtu tzw. kina moralnego niepokoju, debiutował dramatem "Uciec jak najbliżej" (1972). Nakręcił m.in. "Pokój z widokiem na morze" (1977), "Dziecinne pytanie (1981), "Matkę Królów" (1982), "Jezioro Bodeńskie" (1985), "Piłkarski poker" (1988) i "Szczęśliwego Nowego Jorku" (1997). Ma też na koncie wiele spektakli teatralnych. Jest pasjonatem sportu, przede wszystkim piłki nożnej.
Podwójne "100 lat" na Stadionie Śląskim
Janusz Zaorski swoje 79. urodziny (19 września) świętował w sposób bardzo nietypowy - reżyserując i wystawiając wielki spektakl… na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Co to był za pomysł i jak doszło do jego realizacji?
- Zrealizowałem spektakl poniedziałkowego Teatru Telewizji "Ezi" o spotkaniu Ernesta Wilmowskim i Kazimierza Górskiego w 1974 roku w Murchard, w trakcie Mundialu, przed meczem Polska-RFN. Wilmowski był uznany za zdrajcę, bo grał w reprezentacji hitlerowskich Niemiec. Jednak mało kto wie, że był szantażowany: jego matka wylądowała w Oświęcimiu i dopiero jak zagrał dla Niemców, to ją wypuszczono. Uratował jej życie - czy to jest zdrada? Ten spektakl miał bardzo dużą recepcję, zwłaszcza na Śląsku. A ponieważ kilkanaście dni temu wybiło 70-lecie Stadionu Śląskiego w Chorzowie, jego dyrektor postanowił zrobić coś specjalnego, i właśnie ja zostałem w to zamieszany. Zresztą bardzo chętnie się na to zgodziłem - tłumaczył Janusz Zaorski. A chodziło o spektakl poświęcony Gerardowi Cieślikowi i słynnemu meczowi Polska - ZSRR w 1957 roku. - Gerard Cieślik to postać-legenda, piłkarz, który 20 października 1957 roku, najlepszemu bramkarzowi na świecie, którym był reprezentant Związku Radzieckiego Lew Jaszyn, strzelił dwa gole. Polska wygrała. To było po październiku 1956 roku: ludzie jechali na zderzakach ze Szczecina, by to zobaczyć. To nie było zwycięstwo sportowe - to było zwycięstwo na miarę pokonania wroga, pokazanie, że jesteśmy mocni, silni i się już nie damy w przeszłości. Artur Pałyga, bardzo zdolny dramaturg ze Śląska, napisał o tym tekst. Bardzo inspirujący i trudny, bo trochę poetycki, a jednocześnie realistyczny. Wiadomo, że to się jedno z drugim często gryzie i trzeba było się nad tym wielokrotnie pochylać. Maciej Musiał zagrał Gerarda Cieślika, a Dariusz Szpakowski jako wszechkomentator był w swoim żywiole. Ten spektakl trwał ponad godzinę i 20 września został na żywo wystawiony na stadionie w Chorzowie. Obejrzało to prawie 8000 osób - opowiadał.
- Zrobiono mi też niespodziankę, bo wszyscy widzowie na stadionie, te 8000 osób, odśpiewało mi "Sto lat". A kiedy wzruszony poszedłem z aktorami do szatni, bo tam były garderoby, tam czekała część zespołu Śląsk i dziewczyny po śląsku też zaśpiewały mi "Sto lat"! Także dostałem prezent nieprawdopodobny z dwóch stron - dodał.
Specjalista od piłkarskich afer
Sport, a szczególnie piłka nożna, jest wielką pasją Janusza Zaorskiego. Stąd też w jego filmach i sztukach teatralnych ten temat pojawia się częściej, niż u innych twórców. A "Piłkarski poker" (1988) stał się wręcz filmem kultowym, często wykorzystywanym także w programach… publicystycznych.
- To paradoks, bo przecież ja zrobiłem film kreacyjny, ale cytowany w programach publicystycznych i informacyjnych, tak jakby to był dokument. Okazało się, że, niestety, tam gdzie są duże pieniądze, są duże przekręty. Bo w przypadku piłki nożnej możemy mówić o gigantycznych pieniądzach - mówię o skali europejskiej czy światowej. Jak to się mówi "pecunia non olet" - pieniądz nie śmierdzi - wskazywał rozmówca Agnieszki Szydłowskiej. - To nieprawdopodobne, że kiedy była premiera koniec lat 80., nb. 1 kwietnia, w prima aprilis, film był traktowany trochę jako groteska. Część środowiska mówiła "Są jeszcze lepsze numery, niż pokazuje Zaorski", a część traktowała to jako kabaret i mówili "To nie ma nic wspólnego z rzeczywistością". I po wolnych wyborach 4 czerwca film odszedł trochę na bok. Ale jak się zaczęły ligowe "niedziele cudów" i "środy cudów", potem afera Fryzjera i tak dalej, to się szybko zorientowałem, że już nie występuje w programach kulturalnych, tylko w programach publicystycznych jako specjalista od afer piłkarskich - komentował ze śmiechem.
"Syrenka Picassa" - film z nadzieją i optymizmem
Podczas tegorocznego, 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, miała miejsce premiera "Syrenki Picassa", najnowszego filmu Janusza Zaorskiego. Zrealizowany po 10-letniej przerwie do polskich kin trafi pod koniec października. Wszyscy, którzy widzieli już ten film, którego Trójka jest patronem, podkreślają jego niedzisiejszą pogodę, ale także elegancję i swobodę realizacji.
- Ten film wziął się z tego, że, podobnie jak wielu ludzi, zdaję sobie sprawę, w jak okropnych czasach żyjemy. Wojna w Ukrainie, powroty populistycznych, a wręcz nacjonalistycznych partii, hejt, który się rozprzestrzenił, powodują że czasami nie mam nawet ochoty włączyć telewizora, by posłuchać wiadomości czy jakiegoś programu publicystycznego. Bo wiem, że znowu będą się przekrzykiwali i znowu nie porozumieją się co do meritum sprawy. Podjąłem się realizacji "Syrenki Picassa", bo zobaczyłem szansę, by zrobić film, w którym jest jakaś, może szczątkowa, ale nadzieja, jest optymizm. Że można pokazać, ludzie, których dzielą pokolenia - główna bohaterka grana przez Magdę Koleśnik jest koło 30. i mogłaby być wnuczką głównego bohatera granego przez Andrzeja Seweryna - a jednak mogą się porozumieć. Chociaż na początku wydaje się, że to są kompletnie różne osoby, które nigdy nie nawiążą jakiegokolwiek kontaktu - mówił Trójkowy gość. - W pewnym sensie ten film postanowiłem zrealizować po rozmowie z sobą, bo sam też od czasu do czasu potrzebuję zresetowania, oddechu, jakiegoś uśmiechu. I to wszystko "Syrenka Picassa" posiada - zapewniał.
Na ile ważna i potrzebna jest komedia?
Przy okazji "Syrenki Picassa" pojawił się temat komedii w ogóle: stosunku do niej, a także jej miejsca w kulturze i kinie. Czy naprawdę jest lekceważona?
- Wszędzie tak jest, że dramat jest bardziej ceniony, niż komedia. Bo jak jest dramat, to się zastanawiamy, pochylamy nad losami pokoleń. A tutaj jakaś komedia, więc można się pośmiać, a po wyjściu z kina się o tym zapomni. Tu przypomnę postać nieżyjącego reżysera Sylwestra Chęcińskiego - jego trylogia "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć" to było przecież coś więcej, niż tylko wyreżyserowanie filmów. On tym wszystkim Zabużanom, Wilniukom, którzy przyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane, dał nową tożsamość, dał nowe korzenie. Oni się we Wrocławiu i okolicach naprawdę odnaleźli. Więc to jest sprawa, której normalnie nie ma w gestii reżysera. To niby komedia, a tyle się prawdy znalazło o zahamowaniach, o miłości i tak dalej - wyjaśniał Janusz Zaorski. - Komedia jest postrzegana jako gatunek mniej wartościowy, a Chęciński nigdy nie dostał nagrody w Gdyni czy wcześniej w Gdańsku. Jak byłem prezesem telewizji, to dałem nagrodę Komitetu do Spraw Radia i Telewizji "Rozmowom kontrolowanym", bo uważałem że to świetnie zrobiony film i nie ma rzeczy, których nie powinniśmy krytykować. A ten film dowiódł, że nawet ze szlachetnego zrywu Solidarności można się śmiać. Więc ja bym tak w czambuł nie potępiał komedii jako takiej. Nie mówiąc już o tym, że Szekspir także pisał komedie. Tylko one są trudne do wystawienia, bo są bardzo mądre. Więc stosuję ten płodozmian w swojej twórczości - od bardzo poważnych filmów, jak na przykład "Matka Królów", do komedii, jak choćby "Cudownie ocalony".
"O czym robisz film?"
W swojej karierze filmowej Janusz Zaorski zrealizował blisko 30 filmów fabularnych. Dzisiaj jest już, można powiedzieć, nestorem polskiego kina. Jak ma rady dla młodego pokolenia filmowców?
- W początkowych filmach mój błąd polegał na tym, że chciałem za pracować wszystkich: za operatora, za scenografa, za charakteryzatorkę, za kostiumografa, za aktorów. Nie może tak być, że wszystko jest ważne - bo wtedy nic nie jest ważne. Trzeba po prostu delegować osoby zaufane. A przedtem dokładnie opowiedzieć, jaki jest plan. Przed realizacją musimy sobie uprzytomnić, jaką mamy hierarchię ważności i wartości. I o czym robimy film. Trzeba sobie powiedzieć w jednym zdaniu - o czym ty, Janusz, robisz film? Są oczywiście wątki poboczne i tak dalej, ale o czym to jest? Film o samotności, o miłości, o zdradzie… Oczywiście, może być i to i to, ale coś musi być wiodącego - tłumaczył twórca "Matki Królów". - Coś, co proponuje młodym reżyserom, to wbić sobie kartkę na drzwiach z tym jednym zdaniem - "O czym robisz film?". Żeby to cały czas pamiętać, jak się wyjeżdża na plan, na zdjęcia. Bo uwodzą nas aktorzy: ktoś świetnie gra, to przepisuje mu się dialog od innego. A to robi już dziurę w dramaturgii i już się wszystko wali… Żebyśmy się błyskotkami nie fascynowali, tylko po prostu konsekwentnie to wszystko, co literacko zostało przygotowane, realizowali. Co nie oznacza, żeby nie było improwizacji: ja najbardziej lubię improwizować! Ale jak mówił Bergman: lubię improwizację, jeżeli jest dokładnie przemyślana - zapewnił z uśmiechem.
Źródło: Ludzie i Muzyka
Chcesz czytać nas częściej?
Dodaj nas do preferowanych źródeł, aby nasze newsy zawsze wyświetlały Ci się na górze wyników Google.
Redaktor
Redaktor portalu internetowego Programu Trzeciego Polskiego Radia. Od zawsze zajmuje się szeroko pojętą kulturą, a szczególnym wskazaniem na kino, teatr i telewizję, chociaż nieobca jest mu również tematyka historyczna i polityczna. Pracę w mediach zaczynał wraz z Radiem ZET, by później współpracować z prasą, telewizją i portalami internetowymi. Z Polskim Radiem związany jest od pięciu lat.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Aby być na bieżąco z informacjami Trójki, obserwuj nas na Facebooku oraz w Wiadomościach Google.