Gdy rodzice stają na straży tradycji. O ślubach, które mogłyby wyglądać inaczej

Ślub i wesele - niewiele wydarzeń budzi tyle emocji. Nie będziemy się do niczego wtrącać - obiecują rodzice. Rzeczywistość okazuje się jednak zgoła inna. Im bliżej ceremonii, tym częściej napięcie rośnie a u narzeczonych pojawia się pytanie, dla kogo to wszystko? O swoich doświadczeniach opowiadają nam: Maria i Adam.

Gdy rodzice stają na straży tradycji. O ślubach, które mogłyby wyglądać inaczej

Figurka ślubna na torcie.

Foto: Wischnewski, Jan/FC/East News

Ich uroczystości dzieli 20 lat - jedno pokolenie. Można by więc się spodziewać, że w tym czasie wiele zmieniło się w podejściu do zaślubin. Niekoniecznie. Młodzi nadal próbują lawirować między wizją swoją a rodziców, a rodzice są przekonani, że wiedzą lepiej jak ten dzień powinien wyglądać. Ma być idealnie - jak to jednak osiągnąć, gdy dla każdej ze stron oznacza to coś innego?

Tradycja jest najważniejsza

- Wspominam ten czas, jako zupełnie postawiony na głowie - opowiada Maria*, która brała ślub 20 lat temu. - Zaręczyliśmy się na początku maja. Marzyliśmy o skromnej ceremonii, w gronie najbliższych przyjaciół i członków rodziny - bez wielkich fajerwerków i przede wszystkim - bez wesela. Zależało nam jedynie na tym, aby naszym świadkiem był brat męża, który w połowie lipca wyjeżdżał na ponad rok do Australii. Nie mieliśmy więc wiele czasu na przygotowania i tu zaczęły się schody - dodaje. - Moi rodzice mieli zupełnie inną wizję. Dla nich w grę wchodziła jedynie tradycyjna uroczystość, z wystawnym weselem. Problem w tym, że moja rodzina jest dosyć liczna i gdyby zaprosić wszystkich znajdujących się na ich liście, byłoby to co najmniej dwieście osób. Nie czułam się z tym dobrze. Nie byliśmy zamożni, uważałam, że to niepotrzebny wydatek. Moi rodzice - przeciwnie, że tak musi być i kropka, bez względu na koszty - wspomina Maria. - W którymś momencie oświadczyli nawet, że zorganizują to wesele bez nas. Ostatecznie ustaliliśmy, że będzie to kolacja dla najbliższych. Wyszła impreza na 70 osób, z czego dziewięć to byli goście ze strony męża - śmieje się.

- Kolejną kością niezgody okazała się suknia. Moja babcia forsowała kupno nowej, bo "tak trzeba". Skąd dokładnie wynikał ten nakaz - nie potrafiła powiedzieć, ale podobno "tak musi być i już". Ceny w salonach były kosmiczne, pozostawała też kwestia terminu - dwa miesiące to niewiele czasu na uszycie sukni. Ostatecznie nagięłam tradycję i znalazłam używaną. Miałam szczęście - w jednym salonie czekał na mnie mój wymarzony model, w idealnym stanie. Sukienka wymagała jedynie podcięcia i kosztowała kilka razy mniej niż nowa - dodaje.

Rodzic wie lepiej

- Tych spięć było wiele: począwszy od welonu, którego nie chciałam, samochodu, którym planowaliśmy jechać do ślubu - bo za mało reprezentacyjny, po bukiet - bo wybrałam pomarańczowe kalie. W polskiej tradycji te kwiaty kojarzą się z żałobą, jednak współcześnie symbolizują optymizm i radość, miłość - mówi Maria. - A mi zależało na pewnej świeżości, niesztampowym myśleniu i przede wszystkim, dobrej energii - wyjaśnia.

- Źle wspominam ten czas i mam żal do najbliższych, że musieliśmy z nimi walczyć, zamiast cieszyć się przygotowaniami. Zafundowali nam cały mix negatywnych emocji i nikomu niepotrzebnego stresu - stwierdza ze smutkiem. - Zdecydowanie zabrakło z ich strony chęci porozumienia i wewnętrznej zgody na odstąpienie od nie wiadomo przez kogo narzuconych, absurdalnych nieraz, zasad - przyznaje.

- Rozumiem, że dla nich to też był ważny moment w życiu. Chcieli dobrze, ale w konsekwencji bardzo dużo zepsuli, także w naszych relacjach - podkreśla Maria. - Patrząc z perspektywy, jakie to wszystko ma znaczenie? Nikt oprócz nas tego ślubu już nie pamięta. A my zamiast wspominać tylko dobre momenty, do dziś czujemy pewien niesmak - podsumowuje.

My to przeżyliśmy, wy też przeżyjecie

To jeden z najczęściej używanych argumentów przez rodziców Adama*. Jakby fakt, że nie mogli w pełni decydować o swoim ślubie i weselu, bo większość decyzji podejmowali za nich ich rodzice, dawał im prawo do zachowywania się podobnie wobec własnych dzieci.

- Nie rozumieją, że to, że oni nie mieli wyboru, albo byli skłonni pójść na pewne ustępstwa nie oznacza automatycznie, że ja też muszę się godzić na ich propozycje, szczególnie wtedy, gdy nie są one zgodne z moimi wartościami - przyznaje Adam.

Problem dotyczy gości. Rodzice Adama chcą, aby zaprosił członków dalszej rodziny, których nie tylko nie lubi i nie szanuje, ale wie, że pod wpływem alkoholu zachowują się niestosownie. Nie wyobraża sobie ich obecności na swoim weselu, gdyż obawia się kompromitacji. - Moja rodzina nie jest liczna. Przy stole z mojej strony nie zasiądzie więc wiele osób. Myślę, że mama i tata poczuli potrzebę zagęszczenia tego stołu, aby nie było to tak widoczne - wyjaśnia Adam. Od kilku miesięcy jest regularnie bombardowany telefonami w tej sprawie, a każda odmowa wiąże się z dużym stresem. - Rodzice sięgają do bardzo emocjonalnych argumentów, uciekają się do manipulacji. To powoduje ogromne napięcie. Czuję się tym zmęczony - podkreśla.

- Pojawiają się komentarze typu: powinieneś się cieszyć, że my płacimy. Zaproszenie jest także w imieniu rodziców. To, co? Mamy nie mieć wpływu na listę gości? Co ci szkodzi. Dostaniecie więcej prezentów - podaje przykłady. - Sama myśl, że ci ludzie mogliby pojawić się na mojej uroczystość, powoduje u mnie ścisk żołądka. Tłumaczę rodzicom, że to mnie unieszczęśliwi, ale to zupełnie do nich nie trafia, jakby mój komfort psychiczny w tym ważnym dla mnie dniu dla nich się nie liczył - stwierdza i dodaje, że trudno odpierać ich naciski. - W którymś momencie zacząłem się nawet zastanawiać, a może to ja jestem tym złym?

Co ludzie powiedzą?

- Cały czas odbijamy się o to, co ludzie powiedzą - przyznaje Adam. - Problemem jest nawet to, że część gości zaprosiłem telefonicznie. Rodzina oczekiwała, że pojadę do nich osobiście. Trudno to jednak zrobić, gdy codziennie pracuję a oni mieszkają kilkaset kilometrów ode mnie. I czy naprawdę jest taka konieczność? - pyta retorycznie.

Jest też kwestia samej ceremonii - to ślub humanistyczny. Odbędzie się w miejscu, w którym para się poznała i zaręczyła. - Dla rodziców mojej przyszłej żony jest to nie do przyjęcia. Usłyszeliśmy, że organizujemy przedstawienie a nie prawdziwą uroczystość i to żaden powód do radości - mówi i przyznaje, że takie słowa bardzo bolą.

Stroje, dekoracja sali, rozkład gości przy stołach - wszystko mogłoby być inaczej. - Zamiast być biernym obserwatorem i ewentualnie służyć pomocą, regularnie dorzucają nam kolejne uwagi, z którymi musimy się konfrontować - to nas przytłacza i pozbawia energii. Przestajemy się cieszyć przygotowaniami. Czujemy się pionkami, które mają wykonywać czyjąś wolę. A przecież to jest nasz dzień. I bardzo się staramy, aby był wyjątkowy. Dla nas - podkreśla.

Historia się powtarza

Rodzice często mają wyobrażenie, jak ślub i wesele ich dzieci powinno wyglądać. Nie zawsze liczą się ze zdaniem najbardziej zainteresowanych. Być może odreagowują w ten sposób własne traumy - to, że sami niekoniecznie byli słyszani. - Gdyby poszukali w sobie odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak bardzo na pewne rozwiązania naciskają, może pozwoliłoby to im się z nich wycofać - uważa Maria.  

- Rozumiem, że moi rodzice na wiele rzeczy musieli się godzić - byli wychowywani w systemie, w którym ich emocje nie zawsze były brane pod uwagę. I pewnie dlatego dziś moje emocje nie są dla nich tak istotne. Oczekują, że zrobię, jak sobie życzą, bez względu na to, ile mnie to będzie kosztować - mówi Adam i podsumowuje, że rodziny, z której się wyrosło, się nie wybiera. - Wybiera się jednak tę, którą się zakłada. I ja nie chcę wnosić do niej całego tego bagażu, który nie należy do mnie - przyznaje.

*Na prośbę bohaterów ich imiona i niektóre miejsca zostały zmienione.


Rozmawiała Magdalena Hejna