O dorosłości w domach dziecka: Milena Domańska z Fundacji "Mały Duży Człowiek"

Kończysz 18 lat. Według prawa stajesz się dorosły i usamodzielniony. Jeśli się uczysz i nie sprawiałeś problemów - być może zostaniesz w placówce do 25 roku życia. Jeśli nie - musisz odejść. W dniu urodzin tracisz dach nad głową. Dokąd pójdziesz, gdy nie masz domu? O sytuacji młodych dorosłych z domów dziecka rozmawiamy z Mileną Domańską, Prezes Zarządu Fundacji "Mały Duży Człowiek".

O dorosłości w domach dziecka: Milena Domańska z Fundacji "Mały Duży Człowiek"

Milena Domańska - Prezes Zarządu Fundacji "Mały Duży Człowiek"

Foto: Arch. prywatne

- W domach dziecka w Polsce przebywa około 80 tys. dzieci, z czego 17 tys. w pieczy instytucjonalnej. I ta liczba cały czas wzrasta - mówi nam Milena Domańska, Prezes Zarządu Fundacji "Mały Duży Człowiek" wspierającej dzieci i młodzież w pieczy instytucjonalnej i osoby opuszczające placówki.

Posłuchaj audycji Trójki:

Gdzie trafiają dzieci odebrane rodzicom?

- Najczęstszym powodem odbierania dzieci rodzicom są uzależnienia. Na drugim miejscu jest przemoc. Na trzecim - zaniedbanie. Są też oczywiście sytuacje, gdy dziecko traci rodziców w jakichś tragicznych okolicznościach, czyli zostaje tzw. sierotą zupełną a nikt z rodziny nie deklaruje chęci przejęcia nad nim opieki. Ale to naprawdę skrajnie rzadkie przypadki - przyznaje ekspertka.

- Dzieci odebrane interwencyjnie trafiają albo do pogotowia opiekuńczego, albo do rodziny zastępczej, która pełni taką funkcję - tłumaczy. - W takiej placówce dziecko nie powinno przebywać dłużej niż 3 miesiące - w przypadku instytucji i 4 miesiące w przypadku rodzinnego pogotowia opiekuńczego. To jest czas na to, aby sąd zdecydował, czy rodzice dziecka zachowują wobec niego prawa i gdzie przydzielić je na stałe - wyjaśnia i zaznacza, że praktyce dzieci w takich ośrodkach przebywają znacznie dłużej. Powodem jest brak odpowiedniej ilości miejsc w placówkach.

Z pogotowia opiekuńczego dziecko trafia do kolejnego rodzaju pieczy zastępczej: rodziny zastępczej lub rodzinnego domu dziecka albo do pieczy instytucjonalnej, czyli domu dziecka. - I tam pozostaje do momentu usamodzielnienia się - jeśli rodzice biologiczni nie odzyskają go wcześniej - dodaje.

System działa tylko w teorii

- Obecnie ponad dwa tysiące dzieci ma sądowy nakaz umieszczenia ich w pieczy zastępczej. Niestety przebywają w domach biologicznych, gdzie ich życie jest zagrożone, bo w placówkach nie ma dla nich miejsca - alarmuje Milena Domańska.

- W Polsce trwa deinstytucjonalizacja usług społecznych. Zabraliśmy się do tego jednak za późno i na opak. Zaczęliśmy od zamykania placówek, nie przygotowując wcześniej rodzin zastępczych w odpowiedniej ilości - tłumaczy ekspertka. - To powoduje, że usamodzielniająca się młodzież jest wypychana z placówek w świat, aby zwolnić miejsce dla młodszych dzieci. A to z kolei prowadzi do szeregu nieprawidłowości i sprawia, że część osiemnastolatków ląduje na ulicy - podkreśla.

Nie jest łatwo odebrać praw do dziecka

Rodzice, których dzieci trafiły do placówek, muszą udowodnić przed sądem, że są zdolni, aby się nimi opiekować. Zdaniem Prezes Zarządu Fundacji "Mały Duży Człowiek" trwa to jednak za długo a rodzice biologiczni dostają zbyt wiele szans. - Zdarza się, że w odwiedziny do dziecka przyjeżdża pijany rodzic. Wzywana jest policja. A sąd dalej uważa, że w jego zachowaniu może się coś zmienić - mówi ekspertka i dodaje, że to blokuje dziecku drogę do adopcji.

- Wyobraźmy sobie sytuację: dziecko od pięciu lat przebywa w placówce, rodzic nie ma odebranych praw i nadal nie potrafi uporządkować swojego życia. Tymczasem dziecko dorasta - a jak dorasta, to jego szanse na znalezienie rodziny maleją, bo ludzie najchętniej adoptują młodsze dzieci - zwraca uwagę Milena Domańska. 

Zawodzi czynnik ludzki

Jak podkreśla ekspertka, niewydolność systemu przejawia się także w zbyt małej ilości asystentów rodziny. - Mają pod opieką zbyt wiele rodzin i nie są w stanie objąć porządnym nadzorem wszystkich - mówi. Jej zdaniem za mało wymagamy także od instytucji odpowiedzialnych za dobro dziecka. - Nie grożą im żadne kary za to, że nie odebrali dziecka na czas i zmarło zakatowane. Z reguły takie postępowania są podejmowane przez prokuraturę i umarzane - przyznaje specjalistka i apeluje o zaostrzenie przepisów w tej kwestii

Nie podoba ci się - to oddaj

Zdarzają się sytuację, że rodziny zastępcze lub adopcyjne biorą dziecko, po czym je oddają, bo coś im w nim nie odpowiada i dostają kolejne. - Uważam, że jeśli rodzina zastępcza lub adopcyjna zwróci dziecko, to kolejnego nie powinna otrzymać - zaznacza Milena Domańska.

- Jeden z naszych podopiecznych został siedem razy zwrócony z rodzin adopcyjnych i zastępczych do placówki. Skończyło się to poważnymi konsekwencjami psychicznymi, m.in. zaburzeniami nawiązywania więzi. Dzieci mające taki wpis w dokumentach nie mogą trafić do adopcji - opowiada ekspertka. - Nie można kogoś wziąć, dać mu rodzinę, nawiązać relację, po czym zwrócić. Tak jednak się dzieje - przyznaje.

- Bycie rodziną zastępczą to bardzo trudne zadanie - podkreśla Milena Domańska. - Te dzieci urodziły się z promilami alkoholu we krwi albo pod wpływem narkotyków. Mają trudności w nauce. Doświadczyły olbrzymiej traumy - wymienia. - Mamy podopieczną w pogotowiu, sześciolatkę. Wyrywa sobie włosy z głowy i okalecza samą siebie - karząc się za to, że tu trafiła. Zachowania tych dzieci bywają nieprzewidywalne. I to rodzice muszą się do nich dostosować, podporządkować pod nie życie. Trzeba być tego świadomym - zaznacza.

- Rodziny zastępcze i adopcyjne powinny być lepiej przygotowane, bo te dzieci są tak skrzywdzone, że tego nie udźwignie ktoś, kto ma wyłącznie dobre chęci. Powinny być też bardziej kontrolowane. W placówkach nadzór jest dość duży. A do prywatnego domu rodziny zastępczej nikt niezapowiedziany nie wejdzie - przyznaje.

Młodzi dorośli

Gdy dziecko kończy 18 lat, musi opuścić dom dziecka. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy kontynuuje naukę lub posiada orzeczenie o niepełnosprawności - w takich wypadkach może pozostać w placówce za zgodą jej dyrektora. Często jednak nie ma takiej zgody. Co wtedy? - Jeśli się nie uczy, to automatycznie traci dach nad głową - mówi Milena Domańska.

- To wielka niesprawiedliwość. Dlaczego prawo dla dzieci z domów dziecka jest inne niż dla dzieci z domów dobrze funkcjonujących? Jeśli osiemnastolatek w normalnej rodzinie nie chce się uczyć, to prawo mu na to pozwala, ale jednocześnie nie pozbawia go dachu nad głową. W domu dziecka taki człowiek nie ma wyboru - podkreśla ekspertka.

Najczęściej młodzi ludzie po osiągnieciu pełnoletności wracają do domów biologicznych. - Do ciotek, wujków, ale to zawsze są dysfunkcyjne pokoleniowo rodziny - przyznaje Prezes Zarządy Fundacji "Mały Duży Człowiek" i zwraca uwagę, że dzieci po opuszczeniu placówki otrzymują pieniądze na usamodzielnienie się. - Nie jest tego dużo, w zależności od stażu pobytu w placówce. Czasem też dochodzi do tego 800 plus, jeśli było odkładane na konto wychowanka, a nie wykorzystywane na jego bieżące potrzeby. Tym bardziej stają się łakomym kąskiem i najczęściej taki powrót do rodziny kończy się dla nich źle - dodaje.

- Bywa też, że na pożegnanie dostają od placówki kartkę z adresami noclegowni. Nocują u kolegów, znajomych, w różnych miejscach. To tzw. bezdomność ukryta - mówi Milena Domańska. - Próbują znaleźć pracę. Utrzymanie jej jest dla nich jednak bardzo trudne. To są dzieci, które mają obniżoną motywację, brak im samozaparcia, nie wierzą w siebie. Szybko rezygnują. Rozumiem to. Nie dostały odpowiednich wzorców, nie mają świadomości, że praca jest ważna, że jest potrzebna. Tak jak mówił Korczak - jak dzieciństwo jest trudne, to życie jest kalekie - podkreśla.

- Mogą iść do mieszkania treningowego, ale nie jest to takie proste. W teorii jest ono dla każdego, w praktyce - wyłącznie dla tych, którzy rokują. Jeśli więc ktoś uciekał z domu dziecka, nie wracał na czas z przepustki, na takie mieszkanie nie ma szans. A przecież nastolatkowie nie zawsze są grzeczni, ułożeni i dostosowujący się do zasad - przyznaje ekspertka i dodaje, że jest jeszcze opcja mieszkania socjalnego. Czeka się na nie jednak minimum rok. W tym czasie młody człowiek najczęściej wypada z systemu.

Przygotowanie do dorosłości

Jak wygląda? - Zaczyna się, gdy dziecko ma 17 lat kończy, gdy ma 18, a w niektórych przypadkach - 25 - mówi Milena Domańska. - Dziecko wybiera opiekuna usamodzielnienia. Ta osoba nie może być karana i w zasadzie to jedyne kryterium, jakie musi spełnić. Dzieci wskazują kogoś, kogo znają: ciocię, wujka, wychowawcę, czasem nas, gdy nikt inny się nie zgadza - tłumaczy. - Jedynym obowiązkiem opiekuna jest sporządzenie planu usamodzielnienia. Zdarza się, że taki plan nie powstaje wcale albo został źle sporządzony i nie powinien zostać zaakceptowany przez Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie - to wykazują kontrole NIK. W tym planie opiekun wraz z wychowankiem opisują, jak zdaniem wychowanka będzie wyglądać jego życie. Plan składa się do PCPR. Dostaje się akceptację. I tyle. Usamodzielnienie staje się faktem - podkreśla.

Zagrożenia

Młodzi ludzie opuszczający placówki opiekuńcze często popadają w uzależniania. Część wchodzi w toksyczne relacje. - Bardzo dużo wychowanków szuka sobie drugiej połówki w środowisku, z którego wyszło, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. Często też nie mają przekonania, że zasługują w życiu na coś lepszego - mówi Milena Domańska.

- Dziewczynki bardzo szybko chcą zajść w ciążę. Pragną mieć kogoś do kochania, kto na pewno nie odejdzie. Problem w tym, że nie mają kompetencji rodzicielskich. No i najczęściej kończy się tym, że dzieci są im odbierane - przyznaje. - Mamy taką podopieczną. Dwoje jej dzieci trafiło już do pieczy. Trzecie ma przy sobie. Obecnie korzysta ze wsparcia domu samotnej matki. Historia zatoczyła koło - dodaje.

- Dlatego nam, jako Fundacji "Mały Duży Człowiek", tak bardzo zależy na tym, żeby dzieciństwo podopiecznych domów dziecka było jak najlepsze, żeby budowali dobre wspomnienia, jeździli na wycieczki, uczyli się, że świat może być piękny, że nie wszyscy dorośli są źli i że są tacy, którym można zaufać. W przeciwnym razie te dzieci wrócą do społeczeństwa jako beneficjenci pomocy społecznej. A my jako społeczeństwo poniesiemy tego koszty - zaznacza.

Rozmawiała Magdalena Hejna