Skąd polskie kobiety wzięły się w górach? "O Polkach, które zdobywały Himalaje"

Polska ma bardzo dużą kartę w historii zdobywania najwyższych szczytów. A Polki stanowią jej istotną część, żeby wspomnieć Wandę Rutkiewicz, która przecież nie była jedyna: przed nią, wraz z nią i po niej były też inne taterniczki i himalaistki. I o tym z Piotrem Trybalskim, autorem książki "Bunt. O Polkach, które zdobywały Himalaje", rozmawia Max Cegielski.

Skąd polskie kobiety wzięły się w górach? "O Polkach, które zdobywały Himalaje"

Wanda Rutkiewicz jest najsłynniejszą polską himalaistką

Foto: mat. prasowe

"Miejsce kobiet jest na szczycie" - tak brzmiało hasło amerykańskiej wyprawy na ośmiotysięczną Annapurnę. By się tam znaleźć, kobiety wspinające się w górach całego świata musiały pokonać nie tylko pionowe ściany i duże wysokości, ale też stereotypy i ograniczenia narzucane przez zdominowane przez mężczyzn, niekiedy skrajnie mizoginistyczne środowisko. Z czym się mierzyły? Co je determinowało? Jaką płaciły za to cenę? "Bunt. O Polkach, które zdobywały Himalaje " to opowieść o losach kilkudziesięciu niezwykłych kobiet, które w górach dokonały rzeczy wybitnych. Od pierwszych przejść taternickich i alpejskich, przez sukcesy himalajskie pokolenia Wandy Rutkiewicz, po czasy współczesne. A wszystko to na tle społecznych, kulturowych i politycznych zmian w Polsce i na świecie.


Geopolityczne tło kobiecej wspinaczki górskiej

Jednak żeby pokazać, skąd polskie kobiety wzięły się w Himalajach, trzeba pokazać historię polskiego taternictwa. Trzeba więc zacząć od przedwojnia…

- Ja to przedwojnie tylko tak naprawdę zaznaczyłem, zaakcentowałem. Ono jest tylko trampoliną do tego, by pokazać, z jakimi problemami dziewczyny musiały się mierzyć po wojnie. To fascynujące, że nie da się mówić o polskim taternictwie i wspinaniu w ogóle bez tła geopolitycznego, tego momentu w powojennym PRL-u, który krzyczy do kobiet "Możecie, potraficie: pracujcie jak faceci na traktorach, w fabrykach, na pociągach!". To oczywiście było szczytem hipokryzji, bo chodziło o rozwiązanie problemu zaburzonej demografii: mnóstwo mężczyzn zginęło w czasie II wojny światowej i ta fizyczna siła kobieca była potrzebną do tego, żeby ten powojenny PRL odbudowywać - mówi Piotr Trybalski, autorem książki "Bunt. O Polkach, które zdobywały Himalaje". - Trochę rykoszetem efekt poszedł w kierunku taternictwa, które mocno otworzyło się na kobiety: stało się nie elitarne, a egalitarne. I to znowu był ruch PRL-u w stronę tych wszystkich organizacji, żeby ten elitaryzm rozmydlić, zlikwidować. Więc przyszedł prikaz ze wschodu: "Otwieramy te kluby, otwieramy dla wszystkich!". Pomysł był taki, żeby taki górnik przodkowy, ślusarz, robotnik po pracy umył ręce, wziął sprzęt i szedł w góry się wspinać. Co oczywiście było śmieszne, bo nie tak się robi taternictwo, nie tak się robi góry. Nie mniej przyniosło taki efekt, że wiele pań mogło aplikować, by wstąpić do klubu, zrobić kurs wspinaczkowy i się wspinać - tłumaczy.


Piotr Trybalski "Bunt. O Polkach, które zdobywały Himalaje" Piotr Trybalski "Bunt. O Polkach, które zdobywały Himalaje"

Górska wspinaczka - absurd PRL-owskiej rzeczywistości

I, jak się okazuje, efekt był dość szybko widoczny: mnóstwo dziewczyn się zapisało do klubów. Jednak, jak się okazuje, ich motywacja była bardzo różna.  

- One np. szukały wrażeń, które dawała im wojna, a koniec wojny te wrażenia im zabrał. Teresa Hildt-Węgrzynowicz, świetna taterniczka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, mówiła wprost, że kiedy dowiedziała się, że kolega zabił się w Tatrach, to ona była zafascynowana, że tam można się… tak fajnie zabić! I że ona też chce, może nie do końca się zabić, ale chce też spróbować tych wrażeń i emocji. Zresztą nie była w tym odosobniona. Więc okres po II wojnie światowej był tym momentem, który mocno napędził ruch wspinaczkowy - mówi opowiada rozmówca Maksa Cegielskiego. - Jeżeli mówimy o realiach polskich, nie da się pominąć tego, że góry i wspinaczka górska były czymś absurdalnym. W świecie, w którym za chwilę nie będzie papieru toaletowego, półki będą puste, w którym ludzie mieszkają bez ciepłej wody, a np. w łódzkich kamienicach nie ma toalet ,tylko trzeba schodzić gdzieś na dół, pojawiają się ludzie, którzy reprezentują coś totalnie absurdalnego, bo wspinaczka jest absurdalna. Jest absurdalną konwencją: umawiamy się, że wspinamy na szczyt. Równie dobrze moglibyśmy umówić się zrobić coś innego: zresztą umawialiśmy się, że na przykład pływamy. Też absurdalne - wskazuje.

- Wspinanie dawało odskocznię, przeciwwagę dla szarej PRL-owskiej rzeczywistości – dodaje.

Ludzkie motywacje i "przytaterniczki"

Równocześnie okazuje się, że motywacje kobiet właściwie nie różniły się od motywacji mężczyzn. - Wydaje mi się, że były podobne: to były po prostu motywacje ludzkie. Jedni szukali wrażeń ekstremalnych, inni szukali wrażeń sportowych. Byli faceci, którzy szukali relacji damsko-męskich i były panie, które szukały relacji męsko damskich. Bo to przecież była atrakcyjna grupa zarówno po stronie panów jak i pań: fajny materiał genetyczny - wyjaśnia Trójkowy gość. - Dziewczyny otwarcie mówił o takich paniach – nazywały je "przytaterniczkami", które pojawiały się na imprezach, w Sylwestra, pojawiały się jako ozdoba któregoś z taterników. I usilnie szukały mężczyzny, męża, ojca… - opisuje.


Piotr Radecki