"Kill Bill: The Whole Bloody Affair". 281 minut filmowej symfonii zemsty
W kinach już można obejrzeć pełną, reżyserska wersję kultowego "Kill Billa" Quentina Tarantino. Połączone w jedno dwie części zawierają nieznane sekwencje animowane, jest też kilka innych niewielkich zmian. Podobno tak miało być od samego początku.
"Kill Bill: The Whole Bloody Affair" Quentina Tarantino łączy Vol. 1 i Vol. 2
Foto: mat.pras./monolith
"Kill Bill" to opowieść o należącej do grupy zawodowych zabójców Pannie Młodej (Uma Thurman), która na ślubie zostaje postrzelona w głowę przez swojego szefa (David Carradine). Kiedy po czterech latach budzi się ze śpiączki, postanawia zemścić się na wszystkich, którzy mieli coś wspólnego z zamachem na jej życie. Szefa, tytułowego Billa, pozostawia sobie na koniec…
Dwa filmy zamiast jednego
Jak twierdzi Quentin Tarantino, kiedy przygotowywał się do realizacji filmu "Kill Bill", marzyła mu się jedna, dosyć długa, filmowa symfonia zemsty. Pomysł jednak w swoje ręce wzięli producenci i skończyło się na tym, że produkcja została podzielona: pierwsza część miała premierę w 2003 roku, a dopiero rok później do kin wszedł "Kill Bill, vol. 2". Wiadomo: po co robić jeden film, jeżeli znacznie więcej można zarobić na dwóch filmach.
Tarantino obiecywał nawet, że 15 lat później nakręci część trzecią, aby opowiedzieć o dalszych losach głównych bohaterów. Jak wiadomo nigdy do tego nie doszło, podobnie jak do realizacji innych pomysłów reżysera. Na razie wciąż czekamy na 10. jego film, którym, podobno, ma zakończyć karierę reżyserską.
Jeden film zamiast dwóch
Tymczasem po ponad 20. latach dostajemy ostateczną wersję reżyserską, czyli "Kill Bill: The Whole Bloody Affair", które już jest w naszych kinach. Można więc powiedzieć, że spełniło się marzenie Quentina, choć nie jest to "dość długa filmowa symfonia zemsty", ale "bardzo długa filmowa symfonia zemsty", gdyż seans trwa, bagatela, 4 godziny 41 minut!
Sam film, to w zasadzie to, co widzieliśmy w dwóch częściach, tyle, że połączone w jedna całość. Dodatkowo, w miejscu połączenia obu filmów pojawia się nieznana wcześniej animacja, mamy też do czynienia z pewnymi wariacjami kolorystycznymi. Ostatecznie "Kill Bill: The Whole Bloody Affair" stanowi jedną, spójną całość, chociaż, co już było wspomniane, trzeba się nastawić na podwójny seans. Ale - warto!
Piotr Radecki