Olaf Lubaszenko: Iwaszkiewicz daje dużo możliwości, zostawia otwarte drzwi
Teatr Telewizji w poniedziałek, 26 stycznia, pokaże spektakl "Dzień listopadowy", wg mniej znanego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Tekst adaptowała Alicja Regiewicz, reżyserował Jan Kidawa-Błoński, a rolach głównych występują Ewa Wiśniewska i Olaf Lubaszenko, z którym rozmawiał Piotr Radecki.
Olaf Lubaszenko jako Karol w sztuce Teatru Telewizji "Dzień listopadowy", reż. Jan Kidawa-Błoński
Foto: mat. prasowe/TVP
Karol Starski (Olaf Lubaszenko) jest samotnym, 50-letnim zgorzkniałym mężczyzną, który gdzieś nad jeziorem prowadzi podupadającą agroturystykę. Pomagają mu w tym Hanka (Julia Kijowska) i Kazik (Bartosz Gelner). Niespodziewanie, w tytułowy listopadowy dzień, który zarazem jest dniem urodzin Karola, odwiedza go matka (Ewa Wiśniewska), gwiazda sceny i ekranu. To spotkanie staje się gorzkim, rodzinnym rozliczeniem: Karol ma żal, że zajęta karierą rodzicielka nie miała dla niego czasu, ona zupełnie nie rozumie jego pretensji…
PIOTR RADECKI: Dawno Pana nie było w Teatrze Telewizji…
OLAF LUBASZENKO: Bardzo długo czekałem na to, by móc do niego wrócić. Bo jakoś tak się złożyło, że miałem długą przerwę, że nasze drogi z Teatrem Telewizji się rozeszły. Przy czym ja o tym wiedziałem, a Teatr Telewizji - niekoniecznie (śmiech).
Więc nie miałem wątpliwości, czy przyjąć tę propozycję. Tym bardziej, że wiedziałem, kto stoi za tym projektem. Z Janem Kidawą-Błońskim łączy nas wieloletnia znajomość. Z Ewą Wiśniewską zawsze bardzo chciałem się poznać - nie graliśmy wcześniej, mijaliśmy się gdzieś w Międzyzdrojach czy przy jakiś towarzyskich okazjach. Z kolei z Julką Kijowską miałem przyjemność występować w jednym serialu ["Lipowo. Zmowa milczenia" - red.], trochę się poznaliśmy. Bardzo mnie zaciekawiła: jest aktorką, która w moim odczuciu świadomie idzie pod prąd nie tylko w doborze tego, co robi, ale też w konkretnych decyzjach aktorskich w trakcie grania. I to jest niezwykle ciekawe, że robi to w bardzo konkretny, zaskakujący, często nieoczywisty sposób. Jest w tym fascynująca. Bartosza Gelnera znałem najmniej, ale mogę powiedzieć, że bardzo go polubiłem - zwłaszcza za poczucie humoru.
Gra Pan dojrzałego mężczyznę, który wciąż potrzebuje akceptacji matki, a właściwie jej bliskości i miłości.
Są oczywiście różne matki, różne dzieci, ale w tej relacji zawsze jest taki podkład, fundament, pewnego nierozerwalnego napięcia, które jest nie do unieważnienia, nie do wygaszenia. I które zawsze towarzyszy tej więzi, tej wielkiej bliskości. Wiadomo, że tekst jest stary [z roku 1959 - red.], a spektakl nowy, ale to są rzeczy uniwersalne, ponadczasowe: przecież te tematy były poruszane już w kulturze antycznej. Przecież relacja zwłaszcza syna z matką jest nam znana i towarzyszy nam w literaturze od tysięcy lat. I dlatego ten spektakl jest wciąż aktualny.
Ewa Wiśniewska jako Matka w sztuce Teatru Telewizji "Dzień listopadowy", reż. Jan Kidawa-Błoński To kameralna sztuka z niewielką obsadą. I widać, że się zgraliście, że jest między Wami chemia…
Może sprawiło to te siedem dni, które spędziliśmy ze sobą razem? To oczywiście nie jest długo, ale może dlatego, że było to na wyjeździe, z dala od domu, od codziennych spraw? To było trochę wypreparowane z rzeczywistości, wyciągnięte z codzienności i przez to może mogliśmy bardziej się skupić, przeżyć to bardziej intensywnie…
Poza tym jest coś takiego w Iwaszkiewiczu, że jak się go czyta, to tam jest dużo możliwości, dużo otwartych drzwi. To znaczy, że możemy wybrać w które korytarze chcemy sobie pójść - on za nas nie decyduje. To jest i trudne i piękne zarazem, gdyż daje pole do popisu i jest zarazem wielkim ograniczeniem. Tu pozwolę sobie na bon mot, że największym ograniczeniem jest nieskończona wolność wyboru. I odwrotnie: w największej nawet niewoli, można sobie znaleźć jakąś minimalną przestrzeń wolności. Ograniczenie sprawia, że zaczynamy myśleć kreatywnie, że wspomnę cenzurę, która towarzyszyła nam wiele lat. A takie myślenie aluzyjne, ukrytym językiem podskórnym, meta językiem, który jest zrozumiały dla wszystkich, ale o niczym nie mówi wprost, jest bardzo ciekawe i rozwija umysł.
Jednak momentami widać, że bohaterowie po prostu są żałośni…
Myślę, że tak miało być. Ci bohaterowie, przy całej swojej czasami demonstracyjnie prezentowanej buńczuczności - zwłaszcza w wypadku matki - w gruncie rzeczy są bezradni, niekiedy bezbronni. I wszyscy przegrywają. Ale nie chciałbym tym zdaniem kończyć zachęty do oglądania spektaklu. Ta porażka jest ciekawa: wszyscy bankrutują, ale to się dzieje w tak poetycki sposób, pięknie i malowniczo pokazany. I myślę, że warto ten spektakl obejrzeć.