Jurica Pavičić: interesują mnie powolne symptomy zanurzania się w nienormalności
Gościem Michała Nogasia w audycji "Wszystkie Książki Świata" był Jurica Pavičić, którego książka "Czerwona woda" niedawno ukazała się w Polsce. Rozmowa odbyła się w lubelskim Teatrze Starym w ramach cyklu "Wszystkie Książki Europy". Przygotowują go wspólnie Trójka, Teatr Stary w Lublinie oraz biuro Lublin 2029.
Jurica Pavičić
Foto: Michał Nogaś/PR
Jurica Pavičić jest chorwackim pisarzem, krytykiem, scenarzystą. Jego najbardziej znaną powieścią jest "Czerwona woda" (2017), która niedawno, jako pierwsza powieść Pavičicia, ukazała się na polskim rynku. Uznawana za ważne dzieło, łączy kryminał z powieścią psychologiczno-obyczajową osadzoną na tle rozpadu Jugosławii i będących jej konsekwencją głębokich przemian społeczno-politycznych.
Pokoleniowa fascynacja Raymondem Carverem
"Czerwona woda" m.in. francuską Grand prix de la littérature policière dla najlepszej europejskiej powieści kryminalnej (2021), chociaż wychodzi poza te ramy prozy gatunkowej. W dawnej Jugosławii kryminał nie miał bogatej tradycji, teraz zresztą też nie jest bardzo popularny. Co spowodowało, że Pavičić zajął się właśnie tym gatunkiem literackim?
- Powód jest banalny: bardzo lubię czytać taką literaturę. Ale być może jest jeszcze jeden bardziej złożony powód. W latach 90., kiedy sytuacja społeczna w Jugosławii stała się bardzo dramatyczna, w nasze życia z impetem wtargnęła rzeczywistość. Do tego czasu wszyscy pisarze i wykształceni ludzie byli obyci z literaturą typowo postmodernistyczną. To jest taka literatura, którą charakteryzuje metafikcja, intertekstualność, ludyzm - mówi Jurica Pavičić. - W tej nowej rzeczywistości, w której się znaleźliśmy, dla mnie samego, ale też myślę, że dla całej generacji, potrzeba było czegoś innego, niż ta postmodernistyczna literatura. Całą moją generację zafascynował i inspirował jeden pisarz, który pisał bardzo prosto, werystycznie: Raymond Carver i jego krótkie opowiadanie nazwano nas nawet w latach 90-tych "carverowcami". Wtedy, w poszukiwaniu środka literackiego wyrazu, ja i inni pisarze ponownie odkryliśmy rzeczywistość. Bo wydaje się że kryminał przyjął właśnie taką funkcję powieści społecznej - tłumaczy.
- W latach 20. powieść kieruje się w stronę psychologizacji i strumienia świadomości, a powieść kryminalna staje się reprezentatywnym gatunkiem powieści społecznej. Jeżeli chce się poznać, jak wyglądała Ameryka lat 30. to sięga się po powieści kryminalne hardboiled, której reprezentantami są między innymi Dashiell Hammett (m.in. "Sokół maltański") i Raymond Chandler (m.in. "Wielki sen"). I to są te dwie rzeczy, które się połączyły kierując mnie w stronę powieści kryminalnej - wskazuje.
Ewolucja od normalności ku nienormalności
Akcja "Czerwonej wody" zaczyna się w roku 1989, kiedy Jugosławie jeszcze istnieje, chociaż Tito już nie żyje. To właściwie ostatnie kilkanaście miesięcy tego kraju. Kiedy książka się kończy, jest rok 2017 i to jest już zupełnie inna rzeczywistość. Wybuch wojny wydaje się ostrą cezurą.
Jurica Pavičić "Czerwona woda" - Zdaję sobie sprawę, że być może dla ludzi, którzy wtedy tam nie żyli, wojna to było duże zaskoczenie, ale dla nas takim zaskoczeniem nie była. To właściwie był ostatni punkt kryzysu, który trwał już co najmniej od 1981 roku, kiedy miał miejsce poważny kryzys w Kosowie. Właściwie już kilka lat przed wybuchem wojny Jugosławia była dysfunkcjonalnym państwem w którym poszczególne republiki prowadziły ze sobą wojnę polityczną. Czyli to nie było dla nas czymś takim, jak diagnoza raka dla zdrowego człowieka - raczej było to jak życie opryszczką - opowiada rozmówca Michała Nogasia. - Mnie bardziej interesowały takie drobiazgi, szczegóły, które pokazywały jak społeczeństwo zaczyna powoli, stopniowo ewoluować ze stanu normalności ku nienormalności. Nagle można zobaczyć na ulicy samochód, który jedzie bez rejestracji albo człowieka w cywilu który idzie i ma broń… To są właśnie takie symptomy, powolne objawy zanurzania się w nienormalności. Wydaje mi się, że taki proces zachodzi w każdej wojnie i Ukraińcy też w taki sposób obserwowali zmieniającą się rzeczywistość. A te detale, o których mówię, zapowiadały to - wyjaśnia.
Niższa kultura łatwiej przenika granice
Jurica Pavičić miał 24 lata, kiedy w 1990 roku Jugosławia się rozpadła. Jak się wtedy czuł?
- Ten świat właściwie rozpadł się cztery-pięć lat wcześniej. Ale są też takie aspekty, w odniesieniu do których możemy powiedzieć, że… Jugosławia ciągle istnieje. To, co nazywamy bytem postjugosłowiańskim w sensie jakieś strefy kultury, nadal istnieje! I być jest to nieco paradoksalne, bo właściwie istnienie tej wspólnej przestrzeni odczuwa młoda generacja. Kiedy przygląda się listy streamingowe, co jest w danym momencie słuchane w Chorwacji, można tam często spotkać jakieś serbskie utwory. Serbscy wykonawcy wypełniają po brzegi sale koncertowe w Chorwacji, a chorwaccy wykonawcy - w Serbii - wskazuje Trójkowy gość. - Określiłbym, że ta kultura funkcjonuje, i to jest zabawne, jak odrzucona piramida. Im bardziej mówimy o jakimś trywialnym rodzaju kultury, w tym większym stopniu integruje ona jugosłowiańską przestrzeń. W przeciwieństwie do kultury wysokiej, gdzie ta współpraca jest mała, na przykład współpraca muzeów. Czyli im ta kultura jest niższa, tym ta współpraca jest większa i przenika granice w przeciwieństwie do kultury wysokiej. Więc wydaje mi się, że nie było tak, że było słońce, świeciło światło i nagle zgasło - stwierdza.
Całej rozmowy można posłuchać TUTAJ.
Piotr Radecki