Maciej Musiał: niesamowite, jaki jest wpływ Kieślowskiego na wielkich reżyserów
Na MFF w Wenecji "Możliwa miłość" Lee Chang-donga został nagrodzony Srebrnym Lwem. Jedną z osób stojących za tym filmem jest polski aktor i producent Maciej Musiał. Rozmawiał z nim Piotr Radecki.
Maciej Musiał/ Foto: PIOTR KAMIONKA/REPORTER/East News
Pod koniec sierpnia Maciej Musiał był gościem 15. edycji festiwalu Hommage à Kieślowski w Sokołowsku, poświęconego twórczości polskiego reżysera i spuściźnie po nim. Pokazywano tam m.in. "Historie równoległe" Ashgara Farhadiego, które miały premierę na MFF w Cannes. Niespełna dwa tygodnie później, "Możliwa miłość" w reżyserii Lee Chang-donga, wyjechała z Wenecji z Srebrnym Lwem, drugą najważniejszą nagrodą tamtejszego festiwalu. Oba filmy były inspirowane "Dekalogiem" Krzysztofa Kieślowskiego, oba są częścią większego projektu, którego pomysłodawcą jest właśnie Maciej Musiał. On też był, wraz z Krzysztofem Piesiewiczem, producentem wykonawczym tych produkcji.
Polecane audycje
Czy jest Pan wierzący?
- Jestem.
W Pana pomyśle i planie, by od nowa zrealizować "Dekalog" Krzysztofa Kieślowskiego, wiara jest najważniejsza. Od najprostszej wiary w powodzenie po tę wiarę metafizyczną…
- Wiara jest istotna: życie bez wiary to życie bez nadziei. Wiara w powodzenie, wiara w coś więcej, w tajemnicę - ona jest we mnie. A dekalog jest symbolem wiary chrześcijańskiej.
Reżyserem "Opowieści równoległych" jest Irańczyk, "Możliwa miłość" to z kolei film twórcy z Korei…
- W tych 10 zdaniach jest zapisany zbiór doświadczeń ludzkości na przestrzeni tysięcy lat i to jest po prostu jakaś mądrość. Niezależna od konkretnego wyznania, adresowana do wszystkich. Wszędzie można się do niej odwołać i się w niej przejrzeć. Na podstawie tych zdań można coś powiedzieć, niezależnie od miejsca w świecie. I myślę, że ich religijność nie jest problemem - jest raczej prawdą uniwersalną. O tym właśnie rozmawiałem z panem Piesiewiczem: razem z Krzysztofem Kieślowskim traktowali to jako zbiór doświadczeń ludzkości zapisany w tych 10 zdaniach. "Dekalog" nie miał być ekumeniczny, ale przyglądający się kondycji człowieka.
Skąd w ogóle w Pana życiu wziął się Krzysztof Kieślowski?
Moja wychowawczyni w liceum puściła nam jego filmy. Zaczęło się od "Gadających głów" i "Z punktu widzenia nocnego portiera", które zrobiły na mnie potężne wrażenie. To było dla mnie, kilkunastoletniego chłopaka, wielkie odkrycie, że można tak czule patrzeć na świat, na człowieka…. Zachwyciłem się, a później już sam wskoczyłem w ten świat. I myślę, że to pani profesor Barbara Sędziak jest za to odpowiedzialna. Dziękuję!
W krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych napisał Pan pracę magisterską o Krzysztofie Kieślowskim, a później doszło do spotkania z Krzysztofem Piesiewiczem, któremu przedstawił Pan swój pomysł, by zreinterpretować, odświeżyć "Dekalog".
- Kiedy pierwszy raz poszedłem do pana Krzysztofa Piesiewicza, byłem tak zestresowany, że stanąłem pod jego drzwiami i musiałem chwilę odczekać, by zebrać siły i zapukać. To był bardzo mocny i silny charakter, nie do końca ufny. A ja bardzo się bałem. To był naturalny strach, który, myślę, on czuł. I sprawił też, że był trochę bardziej otwarty. Siedzieliśmy u niego w mieszkaniu na Żoliborzu, zaczęliśmy rozmawiać. Głównie on mówił - zawsze mówił - a ja byłem absolutnie zachwycony jego myślami, ideami. I powiedziałem, że dzisiejsze pokolenie potrzebuje, ja, my potrzebujemy znowu tych myśli, tego spojrzenia na świat. I jeżeli byłaby taka szansa, to spróbowałbym to przeprowadzić. W tym momencie prawa do "Dekalogu" były sprzedane, ale tak się złożyło, że ktoś spóźnił się z płatnościami i pan Krzysztof oraz państwo Kieślowscy postanowili mi zaufać.
Zawsze staraliśmy się proponować to takim twórcom, którzy, jak to mówił pan Krzysztof Piesiewicz, "czule opowiadają o zaplątaniu człowieka w życie"
Jak wyglądał proces tworzenia projektu, dopracowywania go?
- Okazało się, że pan Krzysztof Piesiewicz też nosi w sobie taką wizje, że jeżeli raz jeszcze dotykać "Dekalogu", to z różnych perspektyw, przez różnych twórców, w różnych krajach. W oryginale domem był blok na Ursynowie, teraz stał się nim świat. Ważne jest, i pan Krzysztof to powtarzał, że nigdy nie miały to być, i nie będą, remake’i. To mają być autorskie spojrzenia inspirujące się oryginałem, próba odwołania się do tej wrażliwości. Jeżeli któryś z twórców będzie chciał mocniej skorzystać ze szkieletu scenariusza, to oczywiście ma do tego prawo. Ale my nigdy do tego nie namawialiśmy.
Chcieliście jakieś wątki, jakieś zjawiska dostosować do współczesnych czasów?
Ten projekt jest tak szeroki, tak skomplikowany, że narzucanie konkretnych artystycznych rozwiązań jest bardzo trudne. Tym bardziej, że pracujemy z wyrafinowanymi twórcami, którzy mają swoje zdanie i tworzą kino mocno autorskie. Ale oczywiście pewne założenia nam towarzyszyły. Zawsze staraliśmy się proponować to takim twórcom, którzy, jak to mówił pan Krzysztof, "czule opowiadają o zaplątaniu człowieka w życie". To moje ulubione zdanie.
Co się pod nim kryje?
Brak oceny, brak bohaterów jednoznacznie złych, jednoznacznie dobrych, takie czułe spojrzenie na człowieka. Doszliśmy do wniosku, że Ashgar jest właśnie takim twórcą.
Mieliście jakąś listę potencjalnych kandydatów obejmującą wszystkie 10 projektów?
- Od początku zapraszaliśmy różnych twórców do współpracy. Niestety nie mogę podać nazwisk, bo to nadal trwa, rozwija się. Wspólnie rozmawialiśmy o konkretnych reżyserach i ich filmach, pisaliśmy do nich listy, zapraszaliśmy do działania, braliśmy udział w rozmowach, sprawdzaliśmy, jakie są możliwości… Więc to był i jest bardzo kompleksowy proces.
Rozumiem, że na tej liście był także Ashgar Farhadi…
Był drugim reżyserem, do którego napisaliśmy, ale pierwszym, który nam odpisał. I to po 24 godzinach. Zaproponowaliśmy Ashgarowi, żeby zrobił film o karze śmierci w Iranie. Ale on postanowił zrobić o miłości. "Historie równoległe" miały się rozgrywać w Nowym Jorku: chciał, aby to był jego pierwszy amerykański film. Z różnych względów, także budżetowych, nie udało nam się tego połączyć - stąd jest Paryż.
Chcemy, żeby te filmy działy się nie tylko w Europie, ale też w Azji, Afryce, Ameryce Południowej. W oryginale domem był blok na Ursynowie, teraz stał się nim świat.
Iran, Korea… Znakomicie, że to sięga poza Europę!
- Chcemy, żeby te filmy działy się nie tylko w Europie, ale też w Azji, Afryce, Ameryce Południowej. Każdy z nich jest na jakimś etapie, ale nie ma pewności, że wszystkie powstaną. Bardzo byśmy tego chcieli, jednak składa się na to wiele elementów: ekonomia, dynamika rynku, kin, platform streamingowych. Ale próbujemy i działamy.
Czy jako producent, ale też fan twórczości Kieślowskiego i Piesiewicza, czuje Pan odpowiedzialność za to nowe odczytanie "Dekalogu"?
- Oczywiście! Z całego serca chciałbym, żeby to było jak najlepsze. Ale czy mogę przyjść do np. Ashgara Farhdiego lub Lee Chang-donga i coś im powiedzieć? Nie mam takiego wpływu. Ja mogę tylko próbować właściwie ułożyć energię, zachęcić ludzi, żeby chcieli coś zrobić. To jednak jest kino autorskie i autorzy, którzy mają też w sobie jakieś powody, że chcą to zrobić. To też jest niesamowite, jak potężny jest wpływ Krzysztofa Kieślowskiego na twórców, których podziwiamy. Na przestrzeni tych lat spotkałem się z naprawdę potężnymi twórcami: niektórzy mówili, że nie można tego ["Dekalogu" - red.] nawet tykać! Ale wszyscy chcieli rozmawiać, dla każdego to był punkt odniesienia. Np. Ashgar Farhadi jest wielkim fanem twórczości Kieślowskiego. I ma nad stołem kryształy z "Niebieskiego"…
W "Historiach równoległych" oprócz nowej muzyki jest również muzyka Zbigniewa Preisnera. Jak do tego doszło?
- To był właśnie jeden z elementów mojego lobbingu. Chodziło o to, by jednak zachować całość, jakąś koherentność tego projektu. Zawsze mi się marzyło, aby pan Zbigniew był uczestnikiem tych wszystkich części. I wtedy, kiedy mogłem, szeptałem o tym różnym osobom. Ashgar Farhadi zastanawiał się nad dwoma osobami od muzyki, ale zmontował film do muzyki oryginalnej. I się tak do niej przyzwyczaił, że kiedy Zbigniew Preisner chciał jeszcze coś zmieniać, wolał zachować ją w takim kształcie, w jakim zmontował.
Nie korciło Pana, aby zagrać w tych filmach choćby epizod? Przychodzi mi na myśl ktoś w rodzaju Artura Barcisia, który pojawia się we wszystkich częściach "Dekalogu"…
- Z perspektywy czasu uważam, że to byłoby cenne dla projektu, gdyby jedna osoba pojawiała się w wielu albo wszystkich filmach. A że ja pewnie będę przy nich, to mógłbym to łatwo zrealizować. Zabrakło mi pewnie odwagi, ale też uważam, że byłoby to declasse, gdybym przyszedł i nagle próbował znaleźć tam rolę dla siebie. Wiem, że nie powinienem tego robić, że to nie jest powód.
W tych 10 zdaniach jest zapisany zbiór doświadczeń ludzkości na przestrzeni tysięcy lat i to jest po prostu jakaś mądrość. Niezależna od konkretnego wyznania, adresowana do wszystkich.
Premiera "Historii równoległych" w Cannes była bardzo trudna…
- Półtorej godziny przed pokazem dowiedzieliśmy się, że pan Krzysztof Piesiewicz zmarł. Za wszelką cenę chciałem, aby Ashgar Farhadi się o tym dowiedział. W Cannes jest specjalny rytm wejścia na salę i wiedziałem, że ekipa nie ma telefonów przy sobie. Udało mi się jednak złapać na schodach dyrektora festiwalu, któremu powiedziałem o śmierci pana Krzysztofa. A on powtórzył to Ashgarowi, który po brawach poprosił o mikrofon i powiedział, że Krzysztof Piesiewicz odszedł. I że to był jeden z najwybitniejszych scenarzystów w historii kina. I poprosił wszystkich o oklaski dla niego. To był piękny hołd.
Tworzyliście z Krzysztofem Piesiewiczem tandem: we dwóch prowadziliście ten projekt. On też był swoistym łącznikiem między Panem, a Krzysztofem Kieślowskim. Co teraz?
- Spędziliśmy naprawdę setki godzin rozmawiając z panem Krzysztofem. Myślę, że teraz muszę wziąć to, co dostałem od niego - wszystkie myśli, idee - i będę się starał poprowadzić to najlepiej, jak potrafię.
Co takiego jest w twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, że jest niepodrabialny?
- Mam taki swoisty filtr od pana Krzysztofa Piesiewicza, który dużo mi opowiadał o Krzysztofie Kieślowskim. Zawsze mówił mi o tonie i proporcji, że ta próba wejścia na metafizyczny poziom, to bardzo trudna sztuka. I że Kieślowski potrafił utrzymać taki ton, taką proporcję, że to działało. Ale żeby to odtworzyć - myślę, że to bardzo trudne. Różne będziemy mieli podejścia do tych filmów: jedni będą dalej, inni bliżej…
Mamy za sobą dwa filmy, dwie premiery: w Cannes i w Wenecji. Jak Pan ocenia, ile jeszcze będzie trwał ten projekt?
- Jeżeli uda nam się zrobić 10 filmów, to będzie jeszcze sześć-siedem lat.
Źródło: rozmowa z Maciejem Musiałem
Chcesz czytać nas częściej?
Dodaj nas do preferowanych źródeł, aby nasze newsy zawsze wyświetlały Ci się na górze wyników Google.
Redaktor
Redaktor portalu internetowego Programu Trzeciego Polskiego Radia. Od zawsze zajmuje się szeroko pojętą kulturą, a szczególnym wskazaniem na kino, teatr i telewizję, chociaż nieobca jest mu również tematyka historyczna i polityczna. Pracę w mediach zaczynał wraz z Radiem ZET, by później współpracować z prasą, telewizją i portalami internetowymi. Z Polskim Radiem związany jest od pięciu lat.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Aby być na bieżąco z informacjami Trójki, obserwuj nas na Facebooku oraz w Wiadomościach Google.