"Nie wiedziałem, że jestem standuperem". Tadeusz Drozda w Trójce

Tadeusz Drozda był gościem audycji "Dobrego Dnia!" w Trójce. Legendarny satyryk i gospodarz popularnych programów "Śmiechu warte" oraz "Dyżurny Satyryk Kraju" wrócił wspomnieniami do swojej wieloletniej kariery. Opowiedział m.in. o kulisach napisania tekstu do przeboju Krzysztofa Krawczyka "Parostatek", swojej działalności telewizyjnej, a także o tym, czym zajmuje się obecnie - prowadzeniu własnego kanału na YouTube.

"Nie wiedziałem, że jestem standuperem". Tadeusz Drozda w Trójce

Tadeusz Drozda w "Trójce".

Foto: Aliaksandr Valodzin/East News

Tadeusz Drozda był gościem Trójki. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich satyryków, który w latach 90. zdobył ogromną popularność dzięki telewizyjnemu "Śmiechu warte", w audycji "Dobrego Dnia!" wrócił do najważniejszych momentów swojej kariery. Opowiedział o współpracy z Krzysztofem Krawczykiem, czasach swojej największej popularności w telewizji, początkach stand-upu w Polsce i o tym, co dzisiaj jest dla niego "śmiechu warte".

"Całe moje życie jest z nienacka"

Jednym z tematów rozmowy była historia "Parostatku" Krzysztofa Krawczyka, do którego tekst napisał Drozda. Satyryk z charakterystycznym dla siebie dystansem przyznał, że pytany o okoliczności powstania piosenki za każdym razem przedstawia nieco inną wersję wydarzeń.

- Całe moje życie jest wszystko z nienacka, tak samo ten tekst z nienacka, a nie z nacka. Wiele miałem pytań na ten temat, za każdym razem odpowiadam inaczej, ponieważ w Polsce w mediach trzeba umieć kłamać, bo jakby człowiek kłamał zawsze tak samo, to już za trzecim razem powiedzą: "Eee, Drozda znowu będzie gadał tak samo". Więc ja zmyślam różne historie, jak powstał ten tekst. Nie mam teraz wymyślonego kłamstwa, więc na bieżąco wymyślę kłamstwo, że Krawczyk mi zanucił, a ja, stojąc nad nim, powiedziałem: "Parostatkiem w piękny rejs" i tak się zaczęło - mówi Tadeusz Drozda.

Drozda wrócił również do okresu intensywnej współpracy z Krawczykiem. Jak wspomina, wspólnie występowali, a za organizacją ich przedsięwzięć stał m.in. wieloletni menadżer piosenkarza Andrzej Kosmala. Satyryk przypomniał przy tej okazji czasy, w których zarówno on, jak i Krawczyk znajdowali się wśród najpopularniejszych postaci polskiej kultury.

- Potwornie zdolny facet, miał więcej pomysłów na melodie i muzykę niż ja na teksty. Ale kiedyś był taki okres w naszym życiu, że prycza w pryczę pracowaliśmy, występowaliśmy razem. Pan Andrzej Kosmala, ówczesny menadżer i menadżer Krzyśka do końca, wymyślił bardzo inteligentny pomysł na imprezę. Wziął najpopularniejszego na ówczesne lata piosenkarza i był to Krzysztof Krawczyk. Miesięcznik "Sukces" robił raz na pół roku takie badania, sondaż, kto jest najpopularniejszym Polakiem. (...) I oni zbadali, kto jest Polakiem najpopularniejszym, kogo najbardziej lubią. (...) Powiem całą piątkę: Danuta Rinn, Jacek Kuroń, biskup Pieronek – były czasy, że ludzie biskupów lubili – na drugim Marcin Daniec, na pierwszym ja - mówi satyryk.

Posłuchaj audycji w Trójce:

O karierze telewizyjnej i stand upie

Dużą część rozmowy poświęcono telewizyjnej karierze Drozdy. Satyryk wspominał czasy, gdy jego programy przyciągały ogromną publiczność, co przekładało się również na dużą swobodę, jaką otrzymywał od nadawców przy przygotowywaniu kolejnych produkcji.

- Moje programy telewizyjne wszelkiego rodzaju, bo więcej robiłem telewizyjnych niż radiowych, trzeba przyznać, że zapraszał mnie jakiś ważny do gabinetu. Nie było tak, że czekałem pięć dni pod drzwiami, tak jak niektórzy pod drzwiami: "Może mnie wpuszczą". Ale zapraszali, nawet kawę dawali. To ja wtedy mówiłem, że nie będę pisał na kartce, o czym będzie ten program. Nagram, zrobię, obejrzycie i będziecie wiedzieli, także jakaś niezależność była po mojej stronie i oni oglądali. A nawet jak w Polsacie to kiedyś przyniosłem taśmę, a oni od razu na antenę i były telefony: "Natychmiast nagrywaj następny, bo już puściliśmy". To się nazywało "Dyżurny Satyryk Kraju" - mówi Drozda.

Szczególne miejsce w jego telewizyjnej karierze zajmuje "Śmiechu warte". Drozda podkreśla jednak, że nie był to program satyryczny, lecz przede wszystkim rozrywkowy. Po latach format przyniósł mu z kolei określenie "pierwszego polskiego YouTubera". Podobną historię ma jego związek ze stand-upem – jak żartuje, przez lata występował w tej formule, choć nie wiedział jeszcze, że właśnie tak będzie ona nazywana.

- W tamtym czasie był najpopularniejszy. I wcale nie był satyryczny. (...) Był to rozrywkowy program na licencji amerykańskiej, nie był to polski pomysł. Mówi się o mnie, że byłem pierwszym YouTuberem, a o moich występach solowych się mówiło, że jestem pierwszym stand-uperem w Polsce. (...) Było tak, że występowałem, 15 minut monolog gadałem i nie wiedziałem, że jestem stand-upem, ale w tamtych czasach nie było stand-upów. Jak ten facet z Moliera, co prozą mówił całe życie i nie wiedział. Ale potem jakiś dziennikarz szukał, szukał, szukał i znalazł - początki stand-upu polskiego to Drozda - mówi gość audycji

. Drozda nie kryje przy tym zaskoczenia skalą popularności, jaką współczesny stand-up zdobył w Polsce. 

- Jak ja zobaczyłem kiedyś taki festiwal stand-upu, takie ogłoszenie i że jeszcze są bilety. To ja wczytuję, gdzie ten festiwal stand-upu. I na czym polega skomplikowany jak cholera scenariusz? Wychodzi jeden, schodzi – gada, wychodzi drugi, schodzi, gada, kobita w środku. Potem gada, 20 minut i tak siedem osób, koniec. Koniec show. Patrzę, w której to się kameralnej sali odbywa, że jeszcze bilety. Okazało się, że to bardzo kameralna sala - stadion Legii. (...) Byłem zszokowany – mówi artysta.

Jak sam wspomina, jego solowe występy potrafiły trwać znacznie dłużej. Podczas jednego z festiwali w Opolu Drozda miał samodzielnie utrzymywać uwagę publiczności przez dwie i pół godziny.

- Zaproszono mnie jako takie zastępstwo, taki przedstawiciel nurtu kabaretowego. Sam waliłem 2,5 godziny stand-upu, nie pamiętam roku, w amfiteatrze opolskim. Zaczęło się o 12 w nocy, trwało do 2:30 i waliłem z grubej rury. Przez cały czas z grubej rury. Nie znaczy, że politycznie mocno, ale tych ludzi trzymałem, a zimno było jak cholera - mówi satyryk.

Na pytanie, co obecnie jest "śmiechu warte", Drozda wskazuje przede wszystkim na politykę. Satyryk wciąż regularnie komentuje bieżące wydarzenia, a swoje obserwacje prezentuje w internetowym cyklu "Polityka okiem satyryka".

- Najlepiej jest włączyć na YouTube mój kanał i tam jest co tydzień, co jest "śmiechu warte", i tam jest "Polityka okiem satyryka", tak to się nazywa. Ja to obserwuję i z tego całego materiału robię materiał, który trwa 20 minut. No niestety ja, jako satyryk, nie tępiłem, bo co ja mogę wytępić, w złym świetle pokazywałem głupotę. A że u nas głupota się szerzy na lewo i prawo, to tematów mam... O Jezus Maria - mówi gość audycji.

Czytaj także: