Irena Dawid-Olczyk z Fundacji La Strada: Handel ludźmi to rzeź na marzeniach

Ofiarami handlu ludźmi są kobiety, mężczyźni i dzieci niezależnie od wykształcenia, pochodzenia, wieku czy sytuacji materialnej. Zjawisko to jest bardzo trudne do wykrycia. Poszkodowani rzadko zgłaszają się do służb. Są zastraszani przez sprawców, manipulowani, nie mają dokumentów, nie znają języka, boją się. O handlu ludźmi i współczesnym niewolnictwie - w "Ludzkiej Sprawie".

Irena Dawid-Olczyk z Fundacji La Strada: Handel ludźmi to rzeź na marzeniach

Plakat ostrzegający przed zagrożeniami, m.in. handlem ludźmi, edukujący na temat pomocy w kryzysowych sytuacjach.

Foto: Piotr Kamionka/ East News

Gościnią audycji Sylwii Gregorczyk-Abram była Irena Dawid-Olczyk współzałożycielka i prezeska Fundacji La Strada, zajmującej się przeciwdziałaniem handlowi ludźmi.

Posłuchaj audycji Trójki:

Co rozumiemy pod tym pojęciem?

Handel ludźmi to werbowanie, transportowanie, przekazywanie, przechowywanie lub przyjmowanie osoby z wykorzystaniem przemocy, gróźb, podstępu, świadome wprowadzanie jej w błąd, nadużycie zależności, wykorzystanie trudnej sytuacji życiowej ofiary lub innych form przymusu w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. To może być zmuszanie do prostytucji, pracy, żebrania czy pozyskanie takiej osoby celem pobrania od niej organów i sprzedaży ich na czarnym rynku.

- Jesteśmy przywiązani do tego, że człowiek musi być sprzedany, a tak naprawdę musi być zrekrutowany przy pomocy oszustwa i wykorzystany. To co robi musi przynosić dochód sprawcy a jego wolność musi być ograniczona - tłumaczy Irena Dawid-Olczyk i dodaje, że tego ostatniego punktu nie należy rozumieć dosłownie. Osobą o ograniczonej wolności będzie np. ktoś, kto nie może opuścić miejsca pracy z powodu braku pieniędzy, znajomości języka, dostępu do komunikacji czy środków transportu. Jak podkreśla ekspertka, jeśli wyrządza się drugiemu człowiekowi wymienione wyżej krzywdy, ale nie w celu osiągnięcia dochodu, to nie jest to handel ludźmi.

Problem dotyczy także Polski

Jak jest skala zjawiska w Polsce - dokładnie nie wiadomo. Pewne jest natomiast to, że nie są to sytuacje jednostkowe. - W tej chwili toczy się około 20 postępowań, w których są stwierdzone tak zwane domniemane ofiary handlu ludźmi, czyli w większości z nich nie ma jeszcze aktu oskarżenia. I to jest naprawdę bardzo dużo, ponieważ za każdą z tych spraw idzie od dwóch do dwustu pokrzywdzonych. Trudno jest oszacować, ile by się toczyło, gdyby zgłoszenia przyjmowane były prawidłowo, ale myślę, że w tej chwili trzy albo cztery razy tyle - mówi Irena Dawid-Olczyk. - 10 lat temu było tak, że policja wykrywała jakieś sprawy i kierowała do nas ofiary. W tej chwili sytuacja się odwróciła. Osoby zgłaszają się do nas i my musimy dokonać tzw. preidentyfikacji, czyli zobaczyć czy to jest handel ludźmi, czy tylko wykorzystanie pracownika, bo w 85 proc. to jest praca przymusowa i dopiero skierować to do odpowiedniej jednostki - wyjaśnia.

Ofiarą może być każdy

Ofiarą handlu ludźmi może być każdy, niezależnie od wykształcenia, pochodzenia, a nawet statusu majątkowego. - Myślę, że dziewczyna z bogatego domu, który jest dysfunkcyjny, bo nie ma dostatecznej uwagi, może być spokojnie zrekrutowana. Sprawcy będą bardziej patrzeć na to, że nie jest bezpieczna - wyjaśnia ekspertka. - Dwie rzeczy muszą się zejść, żeby zostać ofiarą handlu ludźmi: podatność i przydatność - dodaje. - Podatność na wykorzystanie, a przydatność na możliwość zarobienia pieniędzy. Jeśli mamy do czynienia z osobą młodą, to jest bardzo proste, bo jest bardzo duży rynek na różnego rodzaju wykorzystanie. Osoba starsza może być podatna, ale może mieć mniej możliwości zarobienia pieniędzy - tłumaczy mechanizm Irena Dawid-Olczyk.

- W Polsce obecnie jest bardzo duża migracja z Ameryki Łacińskiej i to są osoby, które będąc tam w sytuacji trudnej pożyczyły pieniądze na wyjazd i przyjechały do Polski w nadziei na dobrą pracę i płacę. Są bardzo zdeterminowane, bo utrzymują rodziny w kraju, muszą spłacić dług a na miejscu padają ofiarą oszustwa. I to nie raz. Jak widzą, że coś jest nie tak, to na początku próbują zmienić pracę i tak wędrują - mówi specjalistka i dodaje, że zgłaszają się po pomoc, gdy dociera do nich, że to się nigdy nie skończy.

Wraca też przestępczość typowa dla lat 90-tych. - Ku mojemu zdziwieniu są dwie sprawy dotyczące zmuszania do prostytucji Polek w dużych miastach - przyznaje i podkreśla, że handel ludźmi jest rzezią na marzeniach.

Ofiary nie zawsze mają świadomość, że są ofiarami

Nie wszyscy, którzy doświadczyli handlu ludźmi rozumieją, że padli ofiarami tego przestępczego procederu. - Ukraińcy uważają, że jak przyjeżdżają tu i zostają wykorzystani, to jakby płacą frycowe. Jest na to zgoda, szukają innego pracodawcy, wracają do siebie, przyjeżdżają, mają lepszą pracę, już się nie dają oszukać i nie odczytują tego jako handel ludźmi - mówi ekspertka. - Jest też grupa, która jest niesłychanie podatna na wszelkiego rodzaju wykorzystanie. To osoby z Ukrainy między 16 a 22 rokiem życia. Nieletni bardzo chcą zarabiać i czują się też w obowiązku - takie jest oczekiwanie społeczne. Chcą być samodzielni. Ponieważ trudno jest w Polsce o pracę dla takich osób, idą do pracy na czarno, gdzie bardzo często są wykorzystywani i nigdy tego nie zgłaszają. Ich priorytetem jest nie wejść w system opieki społecznej, bo boją się, że będą musieli wrócić - zaznacza Irena Dawid-Olczyk.

- Co może zrobić ofiara handlu ludźmi? Może uciekać, ale jest przekonana, że nie może. Może wykonywać swoją pracę, która jest ciężka, trudna i nie wiadomo, kiedy się skończy. Może zacząć robić coś na rzecz sprawców. To się zaczyna od tego, że odejdziesz stąd, jeżeli dasz kogoś za siebie. I wtedy osoba, którą ściągasz nie wie, że to jest pułapka. Ale może być też tak, że zapłacimy ci od 200 do 700 złotych za ściągnięcie z Paragwaju kolejnej osoby i wtedy jesteś już częścią tego systemu. I w zależności, jakie masz predyspozycje, możesz zostać takim kapo a możesz tylko tak współpracować biernie. I teraz w każdej dużej sprawie o handel ludźmi okazuje się, że ten niski szczebel, to są właśnie osoby, które weszły w ten system jako pokrzywdzone i chcąc poprawić swoją sytuację, poszły na współpracę - przyznaje ekspertka.

- Jest jeszcze jedna rzecz. Akceptujemy pracę na czarno. Jesteśmy na to gotowi. W związku z tym łatwiej jest się uwikłać w handel ludźmi. To jest jakby otwarta ścieżka do różnych nielegalnych praktyk - podkreśla.

Społeczeństwo nie jest obojętne

Z handlem ludźmi wiąże się wiele stereotypów. Często myślimy o nim, jako związanym wyłącznie z wykorzystywaniem seksualnym, a przecież to zjawisko nie ogranicza się tylko do tego. - Zmuszanie kogoś do seks biznesu to jest czytelna krzywda. Natomiast jeśli chodzi o pracę, to my nie uważamy, że jak cudzoziemcy ciężko pracują, to im się dzieje jakaś krzywda, bo nas też wykorzystywano, bo lata niewoli, bo jak jeździliśmy na zachód...- wymienia ekspertka. - Seks się sprzedaje. Praca przymusowa jest mało fotogeniczna - mówi i dodaje, że wszyscy jesteśmy jej winni, bo często wolimy pięć par tańszych spodni, zamiast jednej wyprodukowanej z poszanowaniem praw człowieka.  

- Dużo osób do nas trafia, ponieważ polscy sąsiedzi, współpracownicy chcą im pomóc. Jeżeli idę rano do sklepu i widzę panią, która sprzedaje truskawki i idę pod wieczór i ta pani dalej tam stoi, to zastanówmy się, czy ona mogła skorzystać z łazienki, czy ma wodę do picia i tak dalej. A jeżeli nie ma, to czy to jest właśnie to, czego ona chce. Za pierwszym razem nam powie, że wszystko jest w porządku. Ale jak może trzy dni z rzędu ją zagadniemy, to się dowiemy czegoś - mówi i dodaje, że gdy mamy podejrzenie, że ktoś jest ofiarą handlu ludźmi, dobrze jest zgłosić to do Fundacji La Strada. – Poinformowanie służb, że osoba przebywająca w Polsce nielegalnie jest ofiarą handlu ludźmi, łączy się z pewnym ryzykiem dla niej. My jesteśmy w stanie to oszacować i zaproponować odpowiednie rozwiązanie – mówi i podkreśla, że warto być czujnym.

Magdalena Hejna