"Kandydaci Śmierci" najlepszym polskim dokumentem. Rozmowa z Maciejem Cuske
Za nami rozdanie nagród na Millennium Docs Against Gravity. Nagroda dla najlepszego polskiego dokumentu trafiła do "Kandydatów Śmierci". - Dla mnie największym zaskoczeniem jest to, że bardzo dużo kobiet i dziewczyn jest wzruszonych po tym filmie - mówił w "Terra kulturze" reżyser Maciej Cuske. W wydaniu audycji prosto z festiwalu usłyszeliśmy też o filmach "O czasie i wodzie" i "Wyznania szwedzkiego mężczyzny".
Kadr z filmu "Kandydaci Śmierci" w reżyserii Macieja Cuske
Foto: Materiały prasowe Millennium Docs Against Gravity
23. Millennium Docs Against Gravity odbywa się w dniach 8-17 maja w siedmiu miastach Polski: Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach, Łodzi, Wrocławiu oraz Bydgoszczy. Wersja online staruje 19 maja i potrwa do 1 czerwca. 15 maja to właśnie z serca festiwalu - warszawskiej Kinoteki - Agnieszka Obszańska poprowadziła wydanie audycji "Terra kultura".
Posłuchaj audycji Trójki:
- "Terra kultura" prosto z Festiwalu Millennium Docs Against Gravity (część 1)
- "Terra kultura" prosto z Festiwalu Millennium Docs Against Gravity (część 2)
Maciej Cuske: miłość do kina sprawiała, że po prostu się bawiliśmy
14 maja poznaliśmy laureatów 23. Festiwalu Filmów Dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity. Za najlepszy polski film dokumentalny uznano film Macieja Cuske "Kandydaci Śmierci". Kilkanaście lat temu Maciej Cuske pierwszy raz zabrał swojego syna i dwóch jego kolegów na wakacje, podczas których wspólnie nakręcili horror. Chciał w ten sposób odciągnąć chłopców od komputerów. Te wyjazdy powtarzały się co roku i przerodziły się w jedyną w swoim rodzaju serię horrorów zatytułowaną "Kandydaci Śmierci".
Dziś młodzi bohaterowie filmu mają prawie 30 lat. Bardzo się zmienili, a każdy z nich szuka własnej drogi. "Kandydaci Śmierci" to zapis ich filmowych przygód na przestrzeni kilkunastu lat. To film o nich samych, o dorastaniu, pytaniach, lękach i marzeniach, a przede wszystkim o potędze wieloletniej przyjaźni.
O filmie z reżyserem rozmawiała Agnieszka Obszańska. - 17 lat temu pierwszy raz zabrałem chłopaków na wakacje. Wcale nie miałem zamiaru zrobić z nich filmowców, jak Boga kocham. Nie chciałem tego zafundować Stasiowi (synowi - red.), bo wiem z czym to się je. Rafał zawsze bardzo chciał być reżyserem, jest dużym wrażliwcem, a to jest bardzo trudny zawód. (…) A Adrian nawet w ogóle nigdy nie chciał tą drogą filmową kroczyć. Został menadżerem, pracuje dokładnie tak, jak sobie zamarzył. Myślę, że ten film, ta miłość do kina sprawiała, że my po prostu się bawiliśmy i zachowaliśmy w sobie tego chłopaka, którego ja również mam nadal w sobie - mówił Maciej Cuske.
Reżyser przyznał, że nie spodziewał się tak dobrego odbioru filmu. - To była tak naprawdę prosta opowieść. Dla nas te wyprawy były i są bardzo zwyczajne. Wymaga to wiele wysiłku, bo zrobienie odcinka horroru, nawet amatorskiego, to duża praca, ale to był nasz rytuał - mówił gość "Terra kultury".
- Nigdy nie mieliśmy wielu widzów tych horrorów, robiliśmy to bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek, ale to nas bardzo spajało. Dla mnie największym zaskoczeniem jest to, że bardzo dużo kobiet i dziewczyn jest wzruszonych po tym filmie. Naprawdę się tego nie spodziewałem - dodał.
Hampus Linder: manosfera to złożone zjawisko
W audycji usłyszeliśmy też rozmowę Ani Lalki z Hampusem Linderem - reżyserem filmu "Wyznania szwedzkiego mężczyzny". Film opowiada historię szwedzkiego samotnego ojca i feministy, który udaje się na konserwatywny męski zjazd w Danii. Zastanawia się, dlaczego takie spotkania są potrzebne, próbując zrozumieć gniew uczestniczących w nich mężczyzn.
"Film przedstawia internetową przestrzeń, w której ultramęskie narracje, mizoginia i poczucie krzywdy rozprzestrzeniają się poprzez media społecznościowe i fora dyskusyjne. Pokazuje, jak działa wspólnota, która zamiast budować dialog, pogłębia frustrację oraz agresję wobec kobiet i zmieniających się ról płciowych" - czytamy w opisie filmu.
Reżyser przez sześć lat dokumentował środowisko duńskiej manosfery. - To była zaskakująca podróż. W moim poprzednim filmie zanurzyłem się w szwedzki ruch feministyczny, którego jestem sojusznikiem. Wtedy zacząłem zastanawiać się nad własną tożsamością jako mężczyzny i nad rolą mężczyzn w ogóle. Trafiłem na konserwatywny męski zjazd European Men's Gathering i postanowiłem sprawdzić go od środka. Postawili mi jeden warunek wstępu - musiałem wziąć udział w każdym rytuale i każdym warsztacie - opowiadał reżyser w rozmowie z Anią Lalką.
- Wtedy coś we mnie pękło. Manosfera to złożone zjawisko. Częścią tej układanki są incele, czyli mężczyźni, którzy czują się wykluczeni z życia seksualnego i romantycznego. W najbardziej zredakalizowanych środowiskach tej grupy zdarzali się nawet seryjni mordercy. Manosfera to przede wszystkim zjawisko internetowe. To pełna mizoginii i niechęci wobec feminizmu przestrzeń dla chłopców i mężczyzn. Środowisko, do którego przeniknąłem, nie należało do najbardziej radykalnych odłamów manosfery, choć było bardzo konserwatywne - mówił Linder.
- Byli za powrotem do ról płciowych rodem z lat pięćdziesiątych - kobieta powinna być w domu i zajmować się dziećmi. Nie zgadzałem się z tym, tak jak z wieloma innymi rzeczami. Mówili też między innymi o potrzebie odzyskania utraconej, ich zdaniem, męskości. Jednocześnie na zjeździe pojawiały się bardzo osobiste rozmowy o lękach i traumach. Kiedy usiadłem z tymi facetami i powiedziałem o nieobecnym ojcu, mojej największej traumie, naprawdę nawiązałem z nimi więź. Dostrzegłem podobieństwo w ludziach, z którymi dzieli mnie tak wiele światopoglądowo, ale mamy tę samą potrzebę - wspólnoty, miłości, wsparcia. Wpadłem w kryzys egzystencjalny. Przyjechałem tam, żeby ich zdemaskować, a zacząłem ich lubić - przyznał reżyser.
Andri Snær Magnason: lodowce są jak drapieżniki
W audycji wysłuchaliśmy też rozmowy Michaliny Bieńko z Andri Snærem Magnasonem - islandzkim pisarzem, o którym opowiada film "O czasie i wodzie" (reż. Sara Dosa). Produkcja była nominowana w Konkursie Głównym i zdobyła nagrodę za najlepszy montaż.
"Gdy lodowce Islandii topnieją, a ukochani dziadkowie odchodzą, islandzki pisarz Andri Snær Magnason przekształca swoje bogate archiwum - rodzinne zdjęcia, nagrania, mity i pieśni - w rodzaj kapsuły czasu, mającej zachować to, co ucieka: wspomnienia, rodzinę, czas i wodę. W obliczu nieuchronnych zmian klimatu film łączy osobistą stratę z uniwersalnym pytaniem o przemijanie i sposoby zachowywania wspomnień" - czytamy w opisie filmu na stronie MDAG.
Andri Snær Magnason napisał książkę pod takim samym tytułem jak film. Dlaczego to lodowce tworzą oś jego twórczości? - Nie opłakuję samych lodowców, ale martwię się o większe konsekwencje tych zmian na całym świecie. Zanikanie lodowców to zmiany, które możemy bardzo szybko i wyraźnie dostrzec. Na Islandii smutek, który towarzyszy obserwowaniu tych zmian, jest pełen niuansów. Islandzka przyroda bardzo szybko się zmienia - mówił pisarz w rozmowie z Michaliną Bieńko.
- Nasze relacje z lodowcami są trudne. Lodowce są jak drapieżniki. Do 1900 roku rosły z powodu miniepoki lodowcowej i nie były czymś, co ludzie postrzegali jako pozytywną siłę. Lodowcowe rzeki przecinały Islandię w wielu miejscach. Jednak teraz tempo przemian lodowców znacznie przyspieszyło. Znikają w ciągu naszego życia. Widzimy jak słabną, niektóre z nich wydają się chore. Silny, kwitnący lodowiec ma krawędzie ostre jak zęby rekina. To widać gołym okiem - dodał.
Czytaj także: