Robert Talarczyk: "Hamlet" po śląsku to nie spektakl polityczny z prostą tezą
Już w piątek, 15 maja, w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego w Katowicach odbędzie się premiera spektaklu "Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku". To światowa prapremiera najsłynniejszego bodaj dramatu Wiliama Szekspira w języku śląskim. To spektakl pełen emocji, który też, bez wątpienia, wzbudzi emocje na widowni. I o tym także z Robertem Talarczykiem, pomysłodawcą i reżyserem przedstawienia, rozmawia Piotr Radecki.
Robert Talarczyk, reżyser "Tragedyji Hamleta, ksiyncia Dynymarku" w Teatrze Śląskim
Foto: mat. prasowe/Teatr Ślaski/Przemysław Jendroska
Król Dynymarku jest zwolennikiem tradycji. W jego kraju jak przed laty, tak i teraz, podstawę gospodarki stanowią kopalnie, ludzie zajadają się krupniokami i roladą, piją piwo i bawią się w rytm heimat-melodii. Jego brat ma jednak inną wizję: chciałby kraju nowoczesnego, otwartego, połączonego z Europą i światem. I właśnie w imię tych idei truje króla, by przejąć władzę.
Hamlet, syn zmarłego władcy, studiował za granicą, doskonale zna ten współczesny, nowoczesny świat, o którym mówi jego stryj. I podoba mu się jego koncepcja zmiany i rozwoju Dynymarku. Jednak Duch przypomina mu o jego obowiązkach wobec ojca. Hamlet staje więc przed dramatycznym wyborem: wesprzeć bliską mu wizję świata przyszłości czy być wiernym zwyczajom przeszłości nakazującym zemstę, a więc zniszczenie nadziei na zmianę?
Piotr Radecki: Zacznijmy od klasyki. "Być albo niy być, to ci je pytanie. Zocnij je w duchu ciyrpliwie wystować…" Dobrze to przeczytałem?
Robert Talarczyk: Całkiem dobrze… (śmiech)
Skąd pomysł na "Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku"?
Parę lat temu wymyśliłem tego "Hamleta", żeby spróbować go przełożyć. Jeszcze bez konkretów, kto by to robił, gdzie i tak dalej. Było parę podejść, z różnymi osobami, ale to się nie udawało. I w końcu się pojawił Mirek Syniawa, który wcześniej przetłumaczył "Tkaczy" Gerharta Hauptmanna [dramat "Tkocze" w języku śląskim w reżyserii Mai Kleczewskiej miał premierę w Teatrze Śląskim 14 lutego 2025 - red.], fragment "Snu nocy letniej", całego "Kordiana". Zaproponowałem mu "Hamleta" i nagle to zaczęło nabierać realnych kształtów. Postanowiłem spróbować się z tym zmierzyć na scenie. No i poszło.
Można powiedzieć, że wielki wysyp "Hamletów" nastąpił. I to nie daleko, bo na Śląsku…
Tak, jest tych "Hamletów" cała masa: Jacka Jabrzyka w Sosnowcu, "Hamlet vs. Makbet" Waldemara Raźniaka w Tychach. A jeszcze jest oczywiście "Hamlet" Jasińskiego w krakowskim Teatrze Stu, Englerta w Warszawie, w Poznaniu też "Hamlet" powstaje.
A kim jest ten śląski Hamlet? Paweł Kempa, który gra księcia Dynymarku powiedział, że to jest taki "wygadany synek z placu" [śląskie: inteligentny chłopak z podwórka - red.]. O czym jest sztuka?
Nie lubię mówić o czym jest spektakl, bo już parę razy się nadziałem: o czymś opowiadałem, a potem przyszedł widz i powiedział, że tam nic z tego nie ma, a jest zupełnie coś innego (śmiech).
Ale ten familijny trop "syn-synek" jest tutaj istotny, bo na Śląsku relacje ojciec-syn są często bardzo trudne. Od braku afirmacji, wręcz negacji, że ten syn jest gorszy od ojca, co potem się często zamienia, ale kiedy już jest za późno. Ta familijność i patriarchat na Śląsku są bardzo mocne, więc i w "Hamlecie" to pobrzmiewa. Chociaż tutaj mówimy, że facet jest głową rodziny, ale kobieta to szyja, która nią kręci.
Paweł Kempa jako Hamlet w "Tragedyji Hamleta, ksiyncia Dynymarku", reż. Robert Talarczyk w Teatrze Śląskim W tym spektaklu, nie da się uciec od polityki, bo śląskość jako taka i status języka śląskiego, wzbudzają wielkie emocje. Na stronie teatru można zresztą przeczytać "Nie jest to ani powód do szczególnej dumy, ani tym bardziej do wstydu. To nie manifest ani krzyk rozpaczy: to obowiązek, który spełniamy wobec ziemi, na której wyrośliśmy. Wciąż słychać echa kolejnego prezydenckiego weta pod ustawą o uznaniu śląskiego za język regionalny. Spektakl powstaje więc w czasie, w którym niepewność legislacyjna zderza się z autentyczną potrzebą budowania współczesnej kultury śląskiej - na Śląsku i po śląsku, bez kompleksów i zbędnych pytań. "Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku" rodzi się w czasie, w którym opowieść o władzy, zemście, szaleństwie i lojalności ma szansę wybrzmieć jeszcze donośniej niż dotychczas".
To nie jest spektakl polityczny z prostą tezą. W ogóle wydaje mi się, że trudno go jednoznacznie politycznie zdefiniować. Jeśli w sztuce można mówić o jakiejś tezie, to ja jestem raczej zwolennikiem zadawania pytań niż udzielania prostych odpowiedzi. Ale siłą rzeczy pewne rzeczy tam pobrzmiewają, bo trudno od nich uciec, skoro mamy już dziesiąte weto w sprawie języka śląskiego. I to przecież nie zaczęło się od Nawrockiego czy Dudy. Komorowski, prezydent z zupełnie innej opcji politycznej, również nie był za uznaniem śląskiego za język regionalny.
Komu to właściwie przeszkadza? Język kaszubski został uznany, choć mówi nim około 80 tysięcy ludzi - i to na bardzo różnym poziomie. Zresztą rozmawiałem o tym ostatnio z Danutą Stenką, która jest Kaszubką i mówi po kaszubsku. W ogóle pojawił się między nami pomysł na spektakl, w którym część aktorów mówiłaby po kaszubsku, a część po śląsku.
Wracając jednak do polityki w "Hamlecie" – oczywiście nie da się uniknąć takich skojarzeń, ale nie chcę podawać niczego wprost, jeden do jednego. W skrócie wygląda to tak: jesteśmy w państwie Dynymark, gdzie wszyscy godają po śląsku. Ani razu nie pada słowo "Śląsk", nie ma prostych odniesień, ale siłą rzeczy korzystamy z pewnych atrybutów związanych ze śląskością. I nagle w finale pojawia się Fortynbras - gra go Krzysiek Głuchowski, dyrektor Teatru Słowackiego - który po przejęciu władzy nad Dynymarkiem zaczyna mówić po polsku, podczas gdy wszyscy pozostali godają po śląsku. Lepiej albo gorzej, ale godają.
No więc można sobie z tego wyprowadzać różne analogie. Broń Boże nie charakteryzujemy Fortynbrasa na Nawrockiego, ale mam świadomość, że po premierze takie interpretacje zapewne się pojawią. I pewnie będą częścią rozmowy o tym przedstawieniu, szczególnie o jego finale.
Krzysztof Głuchowski jako Fortynbras w "Tragedyji Hamleta, ksiyncia Dynymarku", reż. Robert Talarczyk w Teatrze Śląskim Przetłumaczenie po raz pierwszy tak klasycznego tytułu to wielka odwaga, sztuka i odpowiedzialność zarazem
Sztuka tłumaczenia jest czymś zupełnie innym niż pisanie własnej fabuły. A Mirek Syniawa jest wybitnym tłumaczem. Próbował przełożyć "Hamleta" z ogromnym szacunkiem zarówno wobec języka śląskiego, jak i wobec samego Szekspira. To nie jest język "z placu", tylko – moim zdaniem – język wysokiej rangi. Nawet my, Ślązacy, czasem nie rozumiemy wszystkiego, co Mirek napisał. (śmiech) Często pytaliśmy go podczas prób: "Mirek, ale co to znaczy?". A on odpowiadał: "No tak się godo". "Ale kaj? U nos się godało inaczej…". (śmiech)
I myślę, że to jest dodatkowo bardzo ważne: ludzie, którzy usłyszą ten tekst, zrozumieją, że język śląski ma swoją szlachetność. Że o rzeczach najważniejszych, najbardziej czułych i filozoficznych, można godać po śląsku. A wszystkich spoza Śląska od razu uspokajam – będą napisy. (śmiech)
Sztuki po śląsku weszły na stałe do repertuaru Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. Są już plany następnej premiery?
Pomysłów jest sporo. Prawie 30 lat temu powstała "Pomsta" – musical w gwarze śląskiej oparty na "Zemście" Fredry w tłumaczeniu Mariana Makuli. Grzegorz Kulik przełożył z kolei "Tango" Mrożka i "Iwonę, księżniczkę Burgunda" Gombrowicza, bo chciałem sprawdzić, jak to działa po śląsku i czy może być kolejnym krokiem. Zbyszek Rokita, wybitny pisarz i mój przyjaciel, autor genialnego "Kajś", namawia mnie natomiast na "Wesele" po śląsku. No bo skoro to teatr imienia Wyspiańskiego, to "Wesele" kiedyś musi się pojawić. (śmiech)
Na razie jednak nie czuję takiego imperatywu, bo musiałbym znaleźć zasadę funkcjonowania tego świata. W "Weselu" wpisany jest konflikt między małopolską inteligencją a chłopami z Bronowic. Dlaczego mieliby u nas godać po śląsku? Jak to przełożyć, żeby miało sens?
A na dodatek - wierszem, co jest kolejną trudnością.
W Szekspirze też jest wiersz, tylko nierymowany. Dlatego, chcąc pozostać wiernym oryginałowi i oddać mu hołd, staramy się mówić tym szekspirowskim rytmem. Posługujemy się fakturą jedenastozgłoskowca. W "Weselu" dochodzi jeszcze rym, ale przecież podobnie było przy "Kordianie" i jakoś się udało. Więc może kiedyś… maybe next time. (śmiech) Najpierw zobaczmy, jak zostanie przyjęty śląski "Hamlet".
Rozmawiał Piotr Radecki