"Zrobilibyśmy to inaczej". Steve Harris zdradził szczegóły filmu o Iron Maiden
15 maja 2026 roku do polskich kin trafi film "Iron Maiden: Burning Ambition" - dokument podsumowujący karierę jednego z najważniejszych zespołów w historii heavy metalu. W rozmowie z "Sirius XM" lider grupy Steve Harris podkreślił, że gdyby Iron Maiden samodzielnie realizowali ten projekt, jego ostateczny kształt byłby inny.
Steve Harris o biografii Iron Maiden
Foto: PAP/EPA
W 2026 roku na ekrany kin trafi film dokumentalny o Iron Maiden. Produkcja "Iron Maiden: Burning Ambition", której premiera odbędzie się w maju także w Polsce, opowiada historię zespołu świętującego w 2025 roku 50-lecie działalności. O filmie, wyreżyserowanym przez Malcolma Venville’a, wypowiedział się lider i założyciel grupy - Steve Harris, podkreślając, że nie jest to oficjalne wydawnictwo zespołu.
O filmie dokumentalnym. "To dokument o Iron Maiden, a nie stworzony przez Iron Maiden"
Choć w projekcie udział wzięli członkowie zespołu oraz liczni goście - w tym menadżer grupy, Rod Smallwood, a także artyści i osobowości inspirowane twórczością grupy, jak Lars Ulrich, Chuck D czy Javier Bardem, to Harris zaznaczył w rozmowie z Sirius XM, że jest to produkcja zewnętrzna, a nie autorski projekt Iron Maiden.
- To dokument o nas, ale nie wykonany przez nas. Na tym polega różnica. Z pomysłem przyszli do nas twórcy. Chcieli zrealizować dokument, a pierwotna koncepcja nieco się zmieniła. Początkowo mieli skupić się bardziej na fanach i w pewnym stopniu nadal tak jest. Więc to nie jest nasze dzieło. Chcieli wykorzystać nasze grafiki i całą resztę, przez co wygląda to tak, jakby to był nasz autorski dokument. Myślę, że powinni wyraźnie zaznaczyć, że to dokument o Iron Maiden, a nie stworzony przez Iron Maiden. Oczywiście nie mieliśmy nad tym takiej kontroli, jaką mielibyśmy, gdybyśmy robili to sami - powiedział Harris.
Posłuchaj audycji w Trójce:
"Zrobilibyśmy to w nieco inny sposób"
Basista zespołu przyznaje, że gdyby Iron Maiden odpowiadali za cały proces twórczy, film miałby inny kształt. Jednocześnie pozostawia ocenę widzom.
- Zrobiliśmy to, o co nas prosili, ale gdybyśmy to my go robili, myślę, że zrobilibyśmy to w nieco inny sposób. I na tym zakończę. Niemniej uważam, że efekt końcowy jest... cóż, nie powiem nic więcej, żeby niczego nie sugerować - mówi artysta.
Czytaj także:
- Największy przebój Guns N' Roses w trójkowej historii, czyli "Don't Cry"
- Mazolewski i Dorociński w hołdzie Witkacemu. Premiera płyty już w maju
Mateusz Wysokiński