Krzyki uwięzionych i dźwięki telefonów - mija 20 lat od tragedii w Katowicach

20 lat temu zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Zginęło 65 osób, w tym 9 cudzoziemców. Ponad 140 zostało rannych. To jedna z najtragiczniejszych katastrof budowlanych w historii Polski. O tym, jak 28 stycznia 2006 roku zmieniło się życie poszkodowanych, bliskich ofiar i ratowników - opowiadają ci, którzy doświadczyli tej tragedii bezpośrednio.

Krzyki uwięzionych i dźwięki telefonów - mija 20 lat od tragedii w Katowicach

Strażacy podczas akcji ratunkowej w hali MTK, Katowice, 29.01.2006 r.

Foto: Andrzej Grygiel/ PAP

To była sobota - 28 stycznia 2006 roku w hali pawilonu 1 Międzynarodowych Targów Katowickich odbywała się ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych i targi branżowe. Dach runął około godziny 17:15. Przyczyną katastrofy była utrata nośności, spowodowana m.in. błędami w projekcie wykonawczym pawilonu. Na jego dachu zalegał także śnieg i lód, który dodatkowo obciążał wadliwą konstrukcję. W momencie tragedii wewnątrz hali znajdowały się setki osób. Wielu udało się z niej wyjść samodzielnie, bez większych obrażeń. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia.

Posłuchaj audycji Trójki:

Akcja ratunkowa po zawaleniu się hali w Katowicach

- Od pierwszych minut z tym zdarzeniem związane było bardzo silne napięcie emocjonalne. Kiedy pierwsze służby ratunkowe przyjechały na miejsce, wokół hali gromadziły się osoby, które z niej wyszły, wśród nich ranni, wymagający pomocy, często w szoku. Niektórzy chcieli wrócić do hali, by pomagać ofiarom albo zabrać zostawione w niej rzeczy. Trzeba było ich powstrzymywać, by tam nie wracali, a czasem wręcz użyć siły fizycznej - wspomina w rozmowie z Polską Agencją Prasową nadbryg. Janusz Skulich, ówczesny komendant wojewódzki PSP w Katowicach, który dowodził akcją ratowniczą. Wokół gromadzili się także bliscy uwięzionych, domagając się podjęcia natychmiastowych działań w celu ich uwolnienia.

W kluczowym momencie akcji ratowniczej na rumowisku pracowało ponad 1,3 tys. osób: strażaków, ratowników górniczych, medycznych, GOPR, policjantów i żołnierzy. Liczyła się każda sekunda - na zewnątrz panował siarczysty mróz. - Działaliśmy pod presją czasu i niskiej temperatury. Halę podzielono na sześć sektorów, żeby równocześnie jak najszybciej dotrzeć do poszkodowanych i ta strategia okazała się skuteczna. Jeśli przyjrzymy się wynikom sekcji zwłok, to żadna z ofiar nie zmarła z powodu wychłodzenia - podkreśla nadbryg. Janusz Skulich.

Akcja trwała kilkanaście godzin i była bardzo skomplikowana. - Mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której pod trudną do przeniknięcia warstwą są ludzie, których słyszymy. Ratownicy poruszali się po tej konstrukcji, zdając sobie sprawę, że mogą wręcz zaszkodzić poszkodowanym, zwiększając obciążenie - wspomina nadbryg. Janusz Skulich.

Dodatkowo każda ingerencja w konstrukcję, stanowiła zagrożenie także dla ratowników. Jak podkreśla nadbryg. Janusz Skulich w sobotę nie zawaliła się cała hala, a mniej więcej dwie trzecie konstrukcji dachu. Istniejący fragment strażacy wykorzystywali jako drogę komunikacji między odcinkami prowadzenia akcji. - Ta pozostała część dachu zawaliła się w nocy z poniedziałku na wtorek, na szczęście wtedy już tam nie było ratowników - przypomina i przyznaje, że wyłączenie tej części hali z działań ratowniczych dopiero rankiem w niedzielę to jeden z jego największych błędów. Na szczęście nie miał tragicznych konsekwencji.


Hala Międzynarodowych Targów Katowickich, dzień po katastrofie - 29.01.2006 r. Hala Międzynarodowych Targów Katowickich, dzień po katastrofie - 29.01.2006 r.

Dzień, w którym zatrzymał się czas

Ostatnia żywa osoba została wyciągnięta około 22. Jednym z ostatnich uratowanych był Zbigniew Wełmiński. Pracował dla belgijskiej firmy handlującej karmą dla zwierząt. Do hali wszedł kilkanaście minut przed katastrofą. - Bardzo śpieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem… - opowiada Polskiej Agencji Prasowej i dodaje, ze dach runął w ułamku sekundy. Rzucił się na podłogę. Przygniotła go ogromna belka. Elementy konstrukcji uszkodziły mu kręgosłup i wyrwały nogę ze stawu biodrowego. - Po chwili zrobiło się całkowicie ciemno i cicho. Dopiero po jakimś czasie odezwały się głosy. Jakaś pani powiedziała - ludzie, ja nie mam nóg. Horror - wspomina. Udało mu się dodzwonić do żony, która przyjechała na miejsce katastrofy. - Było bardzo zimno. Nie wiem, jakim cudem przeżyłem ubrany tylko w letnią marynarkę i półbuty - stwierdza. - 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe. W międzyczasie miałem udar, więc można powiedzieć, że żyję po raz trzeci - przyznaje.

Aleksander Malcher, ratownik z prywatnego pogotowia w Pszczynie, o katastrofie dowiedział się z paska w telewizji. Natychmiast zadzwonił do swoich dwóch braci. Wiedział, że wybierają się na targi - byli hodowcami gołębi. Nie odbierali. Chwilę później wezwano go z pracy na miejsce tragedii. - Z zewnątrz wyglądało, jakby nic się nie stało. Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać - wspomina w rozmowie z PAP. Do końca wierzył, że jego bracia przeżyli i pomagają w akcji. Niestety. - Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać - przyznaje. - Wydaje mi się, jakby to było kilka miesięcy temu. Dopiero kiedy człowiek przychodzi na cmentarz i patrzy na daty na nagrobkach, zdaje sobie sprawę, że upłynęło już tyle lat - wzdycha.

Mieczysław Ropelewski stracił w katastrofie żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba. - Opowiem tylko tyle, że udało mi się dobrze wychować wnuki. Udało mi się ich wyprowadzić na prostą, chociaż tej traumy nikt im niestety nie zabierze - mówi reporterowi PAP.

Zdzisław Karoń, wieloletni działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, do dziś reaguje nerwowo na nagłe, głośne dźwięki. Nie może też oglądać scen z wypadków. - Nawet po dwudziestu latach w człowieku siedzi to wszystko. Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo - podkreśla w rozmowie z PAP.

Co zawiniło?

Po godzinie 22 ratownicy docierali już wyłącznie do ofiar śmiertelnych. Na bieżąco podejmowali decyzje, czy wydobyć ciało od razu, czy ze względów bezpieczeństwa odłożyć to na później. Ostatnią ofiarę spod gruzów wydobyto 14 lutego - podczas prac rozbiórkowych.

Śledztwo wykazało, że przyczyną katastrofy były błędy i zaniechania na etapie projektowania hali, a także jej użytkowania i nadzoru. Projekt wykonawczy budynku znacząco odbiegał od sporządzonego poprawnie projektu budowlanego. Według biegłych konstrukcja mogła runąć w każdej chwili. Sam pawilon - przed katastrofą - kilkukrotnie ulegał awarii.

Prokuratura oskarżyła 12 osób. Najwyższy wymiar kary - 9 lat więzienia - otrzymał projektant hali Jacek J., który nie posiadał stosownych uprawnień. Łącznie skazano 6 osób, trzy uniewinniono. Jedna osoba zmarła w trakcie procesu, jedna dobrowolnie poddała się karze, jedną objęto osobnym postępowaniem.

W listopadzie 2019 roku  na mocy ugody zawartej miedzy bliskimi ofiar, a Skarbem Państwa, poszkodowanym wypłacono odszkodowania. Małżonkowie, rodzice i dzieci ofiar otrzymali po 125 tys. złotych zadośćuczynienia i 75 tys. odszkodowania. Rodzeństwo zmarłych w katastrofie - po 25 tys. zadośćuczynienia i 25 tys. odszkodowania.

Magdalena Hejna, PAP