Tyle, ile uniesiesz w rękach. Audioreportaż "Węzełek" w "Klubie Trójki"
Tobołek, węzełek, zawiniątko - pakunek, w którym przesiedleńcy musieli zmieścić swoje życie. Trudno uciekać z wielkim bagażem. Bierze się to, co najpotrzebniejsze - tyle, ile da się unieść w rękach. We Wrocławiu węzełek ma swój pomnik - jest nim "Fontanna pamięci" autorstwa Macieja Szańkowskiego. To właśnie on stał się pretekstem do powstania reportażu o przesiedlonych, autorstwa Magdy Skawińskiej.
Stare walizki.
Foto: Stanislaw Bielski/REPORTER/ EastNews
Audiodokument "Węzełek" to opowieść o tułaczce. O ludziach, których los zmusił do porzucenia swoich domów i wyruszenia w podróż. Wśród najważniejszych rzeczy, które zabrali, często są klucze do starego domu a wraz z nimi nadzieja, że opuszczają go tylko na chwilę. Magda Skawińska skupia się na historii zachodnich ziem Polski. Osobach, które przyjechały do Wrocławia, aby zająć opuszczane przez Niemców mieszkania, domy, gospodarstwa. To niezmiennie aktualna opowieść o wypędzonych i uciekających.
Gościnią audycji Anny Dudzińskiej w "Klubie Trójki" jest dr hab. Karolina Ćwiek-Rogalska, kulturoznawczyni, etnolożka, bohemistka, profesorka Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.
Posłuchaj audycji Trójki:
Węzełek
Moja prababcia pod koniec swojego życia - na skutek traumy wojennej - pakowała najistotniejsze rzeczy i wiązała w tobołki. Była gotowa do natychmiastowego opuszczenia domu. W zawiniątkach znajdowały się ciepłe ubrania, podstawowe produkty żywnościowe, pościel, którą prababcia wyniosła z podpalonego, przez przechodzący przez wieś front, domu. Cały majątek mieścił się w dwóch poszwach związanych u góry. Tyle była w stanie unieść. Z takim bagażem była w stanie uciekać. Ilu rodzinom tobołek pozwolił przetrwać i rozpocząć życie od nowa?
Migracje - jak podkreśla dr hab. Karolina Ćwiek-Rogalska - to proces, który dotknął w 1945 roku, co czwartą osobę. To znaczy, że większość rodzin w Polsce ma takie doświadczenie. - Jeśli przyjrzymy się tym historiom, może się okazać, że to jest też ktoś od nas - mówi i dodaje, że to do dzisiaj widać. - W języku, którego używamy, w rzeczach, w potrawach wigilijnych - wymienia ekspertka.
Wiele osób w Polsce jest przeciwnych migracji. To może dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że być może przodkowie tych osób także byli uchodźcami. - Często myślimy o sobie jak o ludziach osiadłych, które od pokoleń mają gdzieś korzenie, bo taka narracja jest przyjemniejsza - przypomina dr hab. Karolina Ćwiek–Rogalska. Przyznaje jednak, że własne cierpienie i własne doświadczenia nie oznaczają, że taka osoba będzie empatyczna wobec osób, którym też się to przytrafiło. - Gdy przyglądamy się, jak formułują się społeczności, to widzimy, że doświadczenie migracji, nawet w obrębie jednej grupy narodowościowej, nie sprawia, że te osoby będą się nawzajem rozumiały - podkreśla specjalistka.
Klucze do pamięci
Fontanna pamięci profesora Macieja Szańkowskiego składa się z węzełka, odlanych z brązu kluczy i napisu: pantha rei - czyli wszystko płynie. Pomnik ufundowali Grażyna i Jacek Łozowscy. Instalację można obejrzeć przy ul. Czystej 4 we Wrocławiu. Miejsce nie jest przypadkowe. We Wrocławiu po wojnie doszło do niemal całkowitej wymiany ludności. Niemcy zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyszli przesiedleni z innych obszarów, głównie wschodu, Polacy.
Tak trafiła do Wrocławia kilkuletnia Agnieszka, którą wraz z rodziną Niemcy wypędzili z Łomży. - Po wojnie nie mieliśmy nic. Mama posłuchała apelu, żeby Polacy wracali na ziemie odzyskane. Przyjazd tu, to była podróż życia. Co mieliśmy ze sobą? Parę tobołków i to takie tobołki niesione w rękach, nie żadne na plecach. To, co najpotrzebniejsze na dziś, jutro, nic więcej - opowiada. - Pamiętam taki obrazek. Morze gruzów i raptem kawałek kamienicy. Okno wystawowe, drzwi, parę schodków. I zapach chleba, który roznosi się po okolicy. Myśmy z bratem przykleili nosy do tej witryny. Mam odeszła w bok i płakała. Nie miała pieniędzy, aby nam kupić chleba. A ja ją objęłam za nogi i mówię: Mamo, mamusiu, kupisz mi bułeczkę? Proszę to sobie wyobrazić - mówi wzruszona. Drzwi do ich nowego mieszkania otworzyła im Niemka. Spakowana do wyjazdu. - Mama pozwoliła jej wszystko wynieść. Gdyby mama zaprotestowała, nie mogłaby zabrać swoich rzeczy. Musiałaby odejść tak, jak stała - wspomina.
Także profesor Szańkowski został zmuszony do opuszczenia swojego domu. - Miałem wtedy 6 lat. Mieszkaliśmy w Woli Libertowskiej. Bardzo kiepskie czasy nastały. Oddziały Gwardii Ludowej tam operowały. Było niebezpiecznie, napaści nocne. Uciekliśmy stamtąd, zamieszkaliśmy koło Nowego Targu, potem w Zakopanem - opowiada artysta, który na pytanie czy miał świadomości, że opuszcza miejsce urodzenia na zawsze przyznaje, że tak. - Pamiętam, jak mój ojciec w biurku do końca swojego życia przechowywał dużą blaszaną puszkę, w której miał wszystkie klucze, ze wszystkich pomieszczeń w majątku. To była niezwykle ważna puszka - przypomina i dodaje, że ojciec pokazywał mu te klucze w szczególnych momentach.
- Pomysł węzełka narodził się podczas pobytu na Białorusi. Byłem na ziemiach, z których tak wiele ludzi wyjechało. Gdy otrzymałem propozycję z Wrocławia pomyślałem, że to jest miejsce, gdzie powinienem położyć swój węzełek - przyznaje profesor.
Współcześni uchodźcy
Do Wrocławia trafiła także Ala, która zostawiła dom na Białorusi i Tatiana, która uciekła przed wojną w Ukrainie. - Mieliśmy trzy plecaki: jedzenie, leki i dokumenty. W jednym plecaku - była ciepła kołdra. No i kotka z nami była. I na zmianę mieliśmy skarpety - opowiada Tatiana. Wszystko inne zostało w domu. Klucze zostawiła rodzicom. Dziś w jej starym mieszkaniu mieszkają jej przyjaciele.
Ala decyzję o wyjeździe podjęła w czasie studiów. - Przyjechałam tutaj na rok i przedłużałam tak do dyplomu i ukończyłam studia magisterskie na wydziale rzeźby. Nie powiedziałam o tym nikomu - mówi. - Pamiętam moje pierwsze święta tutaj. To był szok, bo zostałam sama. Zawsze spędzałam święta z rodziną. Do tego się rozchorowałam - wspomina i przyznaje, że najbardziej tęskni za domem, za pójściem do lasu.
Ala nie ma klucza od swojego białoruskiego domu. Ma za to klucz do domu francuskich przyjaciół, z którymi od ponad 18 lat utrzymuje bardzo ciepłą relację. - To jest taki drugi dom - podkreśla i dodaje, że jakby musiała gdzieś dalej uciekać, to już ma dokąd.
Magdalena Hejna