Zofia Sylwin: kocham i szanuję artystów, ponieważ poznałam ich pracę od kulis

Zofia Sylwin jest nazywana szefową studia koncertowego Trójki, chociaż tak naprawdę takie stanowisko oficjalnie nie istnieje. Mimo to nikt nie wyobraża sobie, by koncert w Trójce powstał bez Zofii Sylwin: jej opieki i zaangażowania. I właśnie o swojej pracy, miłości i szacunku do artystów, a także o tym, jak radio wciąga opowiedziała w audycji "Ludzie".

Zofia Sylwin: kocham i szanuję artystów, ponieważ poznałam ich pracę od kulis

Zofia Sylwin

Foto: Cezary Piwowarski/Polskie Radio

Zofia Sylwin jest związana z Trójką od roku 1976. Koncerty w Trójce produkuje prawie od początku ich istnienia. 23 września obchodzi natomiast urodziny. Wszystkiego najlepszego!

Przy tej okazji przypominamy rozmowę Zofii Sylwin i Michała Nogasia w audycji "Ludzie" z 2024 roku. Pani Zofia wielokrotnie powtarza w trakcie rozmowy, że praca w radiu wciąga. Zgadza się, że oczywiście, jest wiele zawodów, które także są wciągające, ale, jak mówi "ta tu, w radiu, wciąga bardzo, bardzo mocno".

Posłuchaj audycji Trójki

Największy promotor

- Mój etat w redakcji na początku wyglądał tak, że ja robiłam tam wszystko: w sekretariacie, w fonotece montowałam… Uwielbiałam tutaj być: tu była taka rodzinna atmosfera. Słuchałam audycji, poznałam Piotra Kaczkowskiego, Wojtka Manna, Marka Niedźwieckiego i naprawdę tu rozmawialiśmy, żartowaliśmy sobie o wszystkim, ale głównie o muzyce – wspomina Zofia Sylwin swoje Trójkowe początki. – Artyści cenili Trójkę: to było medium uważane za największego promotora. I jeśli w jakiejś audycji Kaczkowskiego, Manna pojawiła się płyta i jeszcze była pochwalona, to dla artystów było wielkie szczęście i radość – opowiada.

Niestety, jak dobrze wiadomo, po 2015 roku sytuacja w radiu mocno się zmieniła. Dotknęło to również Trójkę: artyści nie chcieli przychodzić, nie chcieli grać, koncerty nie powstawały. Teraz zaczęli powracać, a Studio im. Agnieszki Osieckiej odżyło.

– To ogromna radość, szczęście wielkie, że po ciężkich latach znowu wznosimy się w górę i przychodzą, będą przychodzić najwięksi. I będziemy promować zdolnych, młodych, bo też o to od początku chodziło: żeby robić ferment w branży muzycznej. I oni chcą przychodzić i wszystko zaczyna się toczyć wspaniale – dodaje uradowana.

Na początku była awaria

Zofia Sylwin wspomina, że tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego, że studio się "trochę zepsuło". Po prostu stara konsoleta odmówiła już współpracy i nie można było robić nagrań, ale studio było puste i można było z niego korzystać. – Paweł Sztompke z Janem Borkowskim wymyślili, żeby robić tam koncerty. Okazało się, że można postawić system nagłośnieniowy i jakoś to wszystko podłączyć do anteny. Pierwszym był, wymyślony przez Jana Chojnackiego, bluesowy koncert Irka Dudka. Poszło to koło godz. 21 i wypadło kapitalnie – mówi Zofia Sylwin.

Pierwszy koncert robiła Alicja Leszczyńska, jednak na dłuższą metę nie było chętnych do zajęcia się organizacją i ogarnięciem wszystkiego. – Wciągnął mnie w to Paweł Sztompke i zaczęło mi się to podobać. A dzięki mojemu bratu znałam też wielu artystów. I tak to się potoczyło, że się tym zajęłam, bo nikt inny nie miał ochoty – śmieje się gościni Michała Nogasia. – Dostałam pokoik obok studia, w którym jestem do dzisiaj. Tych koncertów było parę w roku, a potem nagle doprowadziliśmy do czterdziestu paru – oblicza.

Kochać, uspokajać, doceniać

Organizacja i realizacja takich koncertów, to ciężka praca na "żywym organizmie", czyli z ludźmi. I to z ludźmi szczególnie wrażliwymi, mającymi swoje wymagania, czasami kaprysy. Trzeba więc być szczególnie nastawionym, nastrojonym na współpracę.

– Bardzo kocham i szanuję artystów, ponieważ poznałam ich pracę od kulis. Każdy siada na sali i oczekuje artysty na scenie: ten wychodzi, jest piękny, zdolny i wszyscy przeżywamy cudowne chwile. Tylko nikt nie wie, jak nieprawdopodobnie ciężka jest to praca. A ja to widzę pracując z artystami za kulisami – tłumaczy Trójkowa gościni. – Oni przyjeżdżają z daleka, są bardzo zmęczeni, mają swoje problemy ludzkie albo zdrowotne, bardzo poważne zmartwienia, różnego rodzaju kłopoty. I są po próbie, która też wymaga dużego napięcia, bo zawsze są jakieś kłopoty: nagle coś tu nie stroi, nie działa jakiś wzmacniacz... – opowiada.

– Trzeba ich po prostu bardzo kochać, uspokajać, doceniać. To jest im bardzo potrzebne, bo mają tylko chwilkę przerwy, by wyjść na scenę po całym dniu niesamowitych emocji i być tymi najlepszymi na świecie. A to jest, wydawałoby się, niewykonalne – wskazuje.

Czytaj także

Piotr Radecki/Kamil Kucharski

Przejdź do strony głównej