The Doors bez Morrisona
- Ludzie przypisywali całą zasługę Jimowi - mówi Ray Manzarek Piotrowi Metzowi. - A The Doors to były cztery równie istotne ćwiartki. Każdy z nas był niezbędnym specjalistą w swojej dziedzinie.
Jim Morrison, foto: Youtube.com
Foto: youtube.com
Na organiczny charakter zespołu kładł zresztą nacisk sam Morrison. W rozmowie z Piotrem Metzem Ray Manzarek przypomniał słynną anegdotę o reakcji frontmana na nonszalancję didżeja, który zapowiedział "koncert Jima Morrisona i The Doors ".
- Człowieku! Zapowiedz nas, jak należy. Nazywamy się The Doors. Idź teraz i powiedz to, palancie! - miał wtedy wykrzyczeć legendarny rockman.
Mimo wszystko, trzej "osieroceni" w 1971 roku muzycy kilkakrotnie podejmowali próby wskrzeszenia The Doors pod różnymi postaciami. Po raz pierwszy siedem lat po śmierci Morrisona, gdy na rynku ukazał się album "An American Prayer" z archiwalnymi recytacjami oraz melorecytacjami Morrisona i nagranym od zera akompaniamentem jego przyjaciół.
- Jim wciąż jest z nami duchem - twierdzi Manzarek. - Był rewelacyjnym poetą i showmanem, świetnym kumplem i cżłowiekiem. Gdyby nie butelka pełna wódy, pewnie wciąż by skakał, krzyczał i przeklinał jak w 1967 roku...