Utwór, który chwalił nawet Lennon. Paul McCartney i "Coming Up"
Paul McCartney w 1979 roku eksperymentował z brzmieniem. Efektem było "Coming Up", które docenił nawet John Lennon. Historię utworu przypomniał Kuba Ambrożewski.
Paul McCartney w "Piosence do Wyjaśnienia".
Foto: screen/youtube.com/PaulMcCartney
Paul McCartney po rozpadzie The Beatles nie bał się eksperymentować. Jednym z najlepszych przykładów jest "Coming Up" - utwór otwierający wydany w 1980 roku "McCartney II", drugi album w jego dorobku nagrany w pełni samodzielnie. Choć jego nietypowe brzmienie nie przekonało przedstawicieli amerykańskiej wytwórni, zachwyciło Johna Lennona. Historię piosenki przypomniał Kuba Ambrożewski w audycji "Piosenka do Wyjaśnienia".
Eksperymenty z dźwiękiem na farmie
Historia "Coming Up" zaczyna się latem 1979 roku. McCartney zaszył się wówczas na swojej farmie w Szkocji i rozpoczął pracę nad materiałem, który pod wieloma względami różnił się od tego, co nagrywał wcześniej. Podobnie jak przy swoim pierwszym solowym albumie z 1970 roku, niemal wszystko postanowił zrobić sam.
- "Zrób to sam" - program emitowany w Telewizji Polskiej od 1959 roku - przynajmniej dwukrotnie mocno wpłynął na karierę Paula McCartneya. To oczywiście niepotwierdzona informacja, ale poszlaki w postaci solowych albumów Sir Paula są mocne. Ten pierwszy, nagrany w 1970 roku tuż po rozpadzie The Beatles, i drugi, wydany dekadę później, oba stworzone w 100% wyłącznie rękami McCartneya. Latem 1979 roku słynny Beatles zamknął się na swojej farmie w Szkocji i zaczął pracę nad kolekcją dość eksperymentalnych utworów – mówi Kuba Ambrożewski.
McCartney sam rejestrował kolejne partie instrumentalne, a następnie swobodnie eksperymentował z ich brzmieniem. Proces był na tyle spontaniczny, że po latach sam artysta nie potrafił dokładnie odtworzyć sposobu, w jaki osiągnął część efektów.
- Sam rejestrował perkusję, bas i gitary, na końcu dodając wokal. Przy każdym z tych elementów bawił się w najlepsze, przetwarzając brzmienie sobie tylko znanym sposobem. Jak mówił później: "Nie za bardzo pamiętam, jak zrobiłem połowę z tych rzeczy. Po prostu to, co mi się podobało, zostawiałem, a resztę kasowałem" - opowiada Kuba Ambrożewski.
Eksperymenty nie skończyły się na instrumentach. McCartney zaczął manipulować również własnym wokalem, wykorzystując możliwości magnetofonu i zmieniając prędkość odtwarzania nagrania.
- Efekt był niezwykle świeży i mógł się kojarzyć z nowofalową muzyką grupy Talking Heads. W przypadku "Coming Up" McCartney eksperymentował też z brzmieniem swojego głosu. Używał do tego magnetofonu pozwalającego na manipulację prędkością odtwarzania. Jego wokal jest więc trochę przyspieszony i przepuszczony przez efekt echa - mówi Ambrożewski.
Posłuchaj audycji w Trójce:
John Lennon został fanem "Coming Up"
To właśnie nietypowe brzmienie stało się jednak problemem dla przedstawicieli amerykańskiej wytwórni. Zamiast studyjnego nagrania postawili na bardziej konwencjonalną wersję koncertową, zarejestrowaną przez McCartneya z Wings. Nie wszyscy podzielali ich zdanie. Studyjne "Coming Up" spodobało się Johnowi Lennonowi, który potrafił przecież krytycznie wypowiadać się o solowej twórczości swojego dawnego kolegi z The Beatles. Tym razem eksperyment McCartneya zrobił na nim duże wrażenie. Co więcej, utwór miał stać się jednym z impulsów zachęcających Lennona do ponownego tworzenia muzyki.
- Nie spodobało się to włodarzom amerykańskiej wytwórni, która do promocji wybrała wersję koncertową utworu nagraną z zespołem Wings. "Amerykanie lubią prawdziwe brzmienie głosu Paula McCartneya"- uzasadniał jeden z decydentów. Przeciwnego zdania był John Lennon, często sceptyczny względem nagrań solowych swojego dawnego przyjaciela z zespołu. W wywiadach komplementował utwór i jego „odjechane” brzmienie. To właśnie McCartneyowskie "Coming Up: zmotywowało go do pracy nad albumem „Double Fantasy”, który okazał się niestety ostatnim w karierze Lennona - puentuje Kuba Ambrożewski.
Mateusz Wysokiński