"Kiedy piszesz o śmierci, to piszesz o życiu". George Saunders w Trójce

George Saunders był gościem Michała Nogasia w audycji "Wszystkie Książki Świata". Laureat Nagrody Bookera opowiedział o ukazującej się na polskim rynku książce "Czuwanie”" a także o śmierci, życiu i filozofii, która towarzyszyła mu podczas pracy nad powieścią.

"Kiedy piszesz o śmierci, to piszesz o życiu". George Saunders w Trójce

George Saunders w Trójce.

Foto: Avalon.red/East News

George Saunders był gościem Trójki. Laureat Nagrody Bookera opowiedział o swojej książce "Czuwanie”" której akcja rozgrywa się podczas ostatniego wieczoru życia K.J. Boone’a - człowieka sukcesu, który u kresu swojej drogi musi zmierzyć się z pozostawioną po sobie spuścizną. W rozmowie pisarz mówił o śmierci, życiu i filozofii, która towarzyszyła mu podczas pracy nad książką.

"To umysł katolika, który jest pełen poczucia winy"

Śmierć jest jednym z tematów regularnie powracających w twórczości Saundersa. Jak przyznaje pisarz, myśl o własnej śmiertelności jest mu bliska również poza literaturą, a źródeł takiego podejścia doszukuje się między innymi w swoim katolickim wychowaniu.

- Myślę o tym nieustannie. Tak już mam. To umysł katolika, który jest pełen poczucia winy. Wychowałem się w południowej części Chicago, w którym jest specyficzna odmiana katolicyzmu. Wydaje mi się, że ta myśl jest z nami, z każdym z nas, w każdej sekundzie, jeśli się zastanowić. Myślimy wtedy: "Och, nie jestem wystarczająco dobry" albo "Co mogłem lepiej zrobić". A do tego dochodzi poczucie własnej śmiertelności. Rzadko je dostrzegamy – a jednak. Łatwo było mi się wczuć w ciało umierającego człowieka – to na pewno - mówi pisarz.

Paradoksalnie opowiadanie o śmierci staje się dla Saundersa sposobem na przyglądanie się życiu. Autor zwraca uwagę, że świadomość jego końca nadaje codziennym czynnościom i doświadczeniom dodatkowe znaczenie.

- Kiedy piszesz o śmierci, to poniekąd piszesz o życiu. Innymi słowy, jeśli pokazujesz osobę w pełnym rozkwicie, dobrze się bawi, je kanapkę i jest beztroska, a potem sprawiasz, że coś spada jej na głowę, to śmierć. Śmierć to nagłe przerwanie tych radosnych chwil, a ty odczuwasz tragedię, dynamikę i strach. Tak więc na co dzień, pracując nad tą książką czy nad "Lincolnem w Bardo", tak naprawdę nie żyję w śmierci. To coś bardziej mechanicznego. Ale uważam, że zetknięcie się z własną śmiertelnością jest ściśle związane z tym, czemu mamy ochotę żyć. Wstałem dziś rano i od razu byłem aktywny. Dlaczego? Bo istnieje ten bardzo skończony byt, który nie wie, co wydarzy się dzisiaj. A jednak ta osoba krząta się, parzy kawę i przytula koty - mówi autor.

W takim ujęciu samo pisanie staje się dla Saundersa potwierdzeniem życia.

- Książki są sposobem na świętowanie tego, że żyję. Nawet kiedy piszę o śmierci czy życiu pozagrobowym, mój umysł mówi do mnie: wciąż tu jesteś, ciesz się tym, pracuj dalej - mówi pisarz.

Posłuchaj audycji w Trójce:

O "Czuwaniu"

Jednym z centralnych elementów „Czuwania” jest relacja K.J. Boone’a i Jill. Saunders przyznaje, że początkowo miał wobec bohaterki konkretny plan – miała pomóc umierającemu mężczyźnie skonfrontować się z prawdą o jego życiu. W trakcie pisania okazało się jednak, że sama Jill jest znacznie mniej jednoznaczną postacią.

- Wyobraź sobie, że każda minuta twojego życia służyła złej sprawie. Wyobraź sobie, że masz 80 lat i jesteś przyzwyczajony do tego, że byłeś dumny i potężny. A prawda zaczyna powoli wkradać się do twojego osłabionego umysłu. Byłeś zły i zostawiłeś po sobie straszną spuściznę. Dla mnie to byłoby piekło (...) Początkowo myślałem, że Jill poprowadzi go do tego wniosku. Jednak jedną z niespodzianek, które przyniosła mi ta książka, jest to, że Jill nie jest zbyt dobra w swej pracy. Ma pomysł, jak go pocieszyć, ale działa na autopilocie - mówi autor.

Pozostało jeszcze pytanie o samego Boone’a. Saunders od początku zastanawiał się, czy człowiek, który przez całe życie stworzył określony obraz samego siebie, może u jego kresu nagle dostrzec własne błędy i zdobyć się na skruchę.

= Jednym z pytań, które pojawiły się u mnie na samym początku pisania, było to, czy on okaże skruchę, czy nie. To przypomina schemat z „Opowieści wigilijnej” i innych podobnych książek. Starałem się zwracać uwagę na to, kim stawał się w miarę pisania o nim, i szczerze zadawać sobie pytanie, czy ten facet okazałby skruchę. Myślę, że wiele osób opowiada sobie historię swojego życia, w której to oni są bohaterami, a inni są w błędzie i odgrywają drugoplanową rolę. Byłbym więc zaskoczony, gdyby u niektórych osób ten nawyk nie utrzymał się aż do śmierci, a nawet dłużej - mówi pisarz.

Czytaj także:

Mateusz Wysokiński