"Każdy twórca chce powiedzieć coś swojego". O "Lalce" Netflixa w Trójce

Maria Kania, wcielająca się w Mariannę, oraz Paweł Maślona, reżyser nowej "Lalki", byli gośćmi audycji "Zapraszamy do Trójki". W rozmowie opowiedzieli o swojej interpretacji powieści Bolesława Prusa, której serialowa adaptacja właśnie dziś, 16 września 2026 roku, zadebiutowała na Netflixie. O to, co twórcy chcieli przekazać za pomocą nowej wersji "Lalki" oraz jak wyglądała praca nad produkcją, dopytywał Michał Matus.

"Każdy twórca chce powiedzieć coś swojego". O "Lalce" Netflixa w Trójce

O nowej "Lalce" w "Zapraszamy do Trójki"

Foto: Netflix

"Lalka" Bolesława Prusa doczekała się kolejnej ekranowej interpretacji. Od 16 września 2026 roku na Netflixie można oglądać serial w reżyserii Pawła Maślony. Reżyser oraz wcielająca się w Mariannę Maria Kania odwiedzili audycję "Zapraszamy do Trójki", gdzie w rozmowie z Michałem Matusem opowiedzieli o własnym spojrzeniu na klasykę polskiej literatury, zmianach względem pierwowzoru oraz kulisach realizacji jednej z najbardziej wyczekiwanych polskich produkcji tego roku.

"Ja myślę, że każdy twórca chce powiedzieć coś swojego"

Paweł Maślona od początku nie zamierzał tworzyć ekranowej kopii powieści Prusa. Jak przekonuje, adaptacja była dla niego okazją do wyciągnięcia z literackiego pierwowzoru tematów, które pozostają żywe i które twórcy mogli przefiltrować przez własną wrażliwość.

- Ja myślę, że każdy twórca chce powiedzieć coś swojego. Niezależnie od tego, czy korzysta z innego materiału źródłowego, czy pisze oryginalny scenariusz, to robi to po to, żeby podzielić się tym, co dla niego jest istotne, aktualne. Ja przynajmniej z takiej perspektywy wychodzę. Ta nasza „Lalka” jest przykładem na to, jak wykorzystujemy powieść oryginalną Bolesława Prusa, wspaniałą, żeby wyciągnąć z niej to, co jest w niej najbardziej żywe, najciekawsze i przefiltrować przez naszą wrażliwość, nasze rozumienie rzeczywistości, nasze rozumienie kina i podzielić się tym z widzami – mówi Maślona.

Reżyser nie próbował przy tym rozstrzygać, co dokładnie chciał przekazać sam Prus. W powieści szukał przede wszystkim własnej historii. Zobaczył w niej opowieść o dojrzewaniu do samoświadomości i niezależności, ale także o miłości.

- Ja nigdy nie zajmuję się tym, co miał na myśli Prus. Bo nie wiem, co on miał, szczerze mówiąc, na myśli, trochę to nie jest zadanie dla mnie. Ja biorę sobie tę powieść, jaka ona dla mnie jest i patrzę, co dla mnie tam jest najciekawsze, co ja w tym widzę, jaką tam opowieść widzę, jaki film, którym chciałbym się podzielić z widzami. Ja tam zobaczyłem swoją historię. Ja zobaczyłem historię o ludziach, którzy próbują, są zmuszeni w pewnym sensie w końcu zerwać z jakąś iluzją, którą żyją i zacząć dojrzewać do jakiejś większej samoświadomości, niezależności. Widzę tam taką historię, widzę tam też historię miłości, bądź dojrzewania do miłości - mówi reżyser.

Istotne miejsce w serialu zajmują również historie kobiet. Maślona podkreśla jednak, że nie chciał sprowadzać tego wątku wyłącznie do opowieści o emancypacji. W jego interpretacji jest on częścią szerszej historii o dochodzeniu do niezależności, dotyczącej zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

- Historie kobiet. Ale one są wpisane w ten szerszy temat dojrzewania do niezależności. Moglibyśmy powiedzieć emancypacji, ale może nie chcę używać tego słowa za dużo, żeby nikt nie pomyślał, że to jest historia narodzin feminizmu, albo że to są emancypatki. Chociaż ten temat się tam pojawia, to jest wpisany w szerszy kontekst, który dotyczy nie tylko postaci kobiecych, ale męskich - mówi Maślona.

Do tego aspektu produkcji szczególnie mocno przygotowywała się Maria Kania. Aktorka przed rozpoczęciem zdjęć sięgnęła po książki opisujące sytuację kobiet w XIX wieku, chcąc lepiej zrozumieć realia, w których funkcjonowała Marianna. –

=rzeczytałam kilka książek przed rozpoczęciem zdjęć, które opisywały sytuację kobiet w XIX wieku. Jedna z nich nazywała się "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu" o pracy seksualnej kobiet, prostytutek w XIX wieku i w ogóle o sytuacji kobiet w XIX, żeby mieć szerszy kontekst tego, gdzie ta Marianna funkcjonowała, jaką miała możliwość wyboru, ale nie tylko ona jako postać, ale też reszta kobiet. Bo łatwo ocenić je z takiego punktu, że były zamożne, więc miały lepiej. To jest dyskusyjne; nadal o sobie nie decydowały. Miały lepiej w kontekście materialnym i poziomu życia, to jest niezaprzeczalne, ale jakiegoś wyboru i samostanowienia, to były na tym samym poziomie co Marianna. Więc dla mnie to było bardzo ważne, żeby zrozumieć jej sytuację, skąd ta praca seksualna mogła się pojawić w jej życiu, bo wiele kobiet trudniło się taką pracą dodatkowo poza główną pracą, którą miały na co dzień, jako źródło dodatkowego zarobku, bo z tej podstawowej pracy nie mogły przeżyć - mówi aktorka.

Posłuchaj audycji w Trójce:

"My siłą rzeczy zrezygnowaliśmy z wielu motywów"

Nowa "Lalka" nie przenosi na ekran wszystkich bohaterów i wątków znanych z książki. Dla Maślony selekcja materiału jest jednak naturalną częścią adaptowania obszernej powieści na potrzeby zupełnie innego medium.

- My siłą rzeczy zrezygnowaliśmy z wielu motywów, z wielu bohaterów, które możemy znać z powieści, ale to nie tyle po to, żeby to unowocześnić, bo my też nie dawaliśmy sobie takiego zadania, że my to unowocześnimy. To było tak, że przeczytajmy to tak, jakbyśmy chcieli przeczytać i zrobić coś nowego. Coś, co dla nas jest żywe i czym chcielibyśmy się zająć, co nas po prostu, jak to się mówi ładnie, "jara". I to nas "zajarało", ale zrezygnowaliśmy z pewnych wątków, które poczuliśmy, że nie mieszczą się w naszej opowieści. Mam wrażenie, że robienie filmów to też jest no sztuka selekcji, albo inaczej robienia adaptacji. Wybierania takich rzeczy, które się mieszczą w naszej historii. Błędem byłoby – i o tym przekonałem się już dosyć dawno temu – próba oddania tej powieści taką, jaką ona jest na język filmu, czy serialu. Bo po pierwsze, to jest nieciekawe, po drugie jest to niemożliwe. Nie da się przełożyć 1:1 powieści, dlatego że jest to zupełnie inne medium - mówi reżyser.

Twórcy pozwolili sobie również na swobodę w konstruowaniu języka postaci. Zdaniem Maślony zachowane źródła literackie nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie o to, jak rzeczywiście wyglądała codzienna mowa mieszkańców XIX-wiecznej Warszawy. Serial może więc pozwolić sobie na własną interpretację.

- Ja mam wrażenie, że te podania, które my mamy, czyli źródła pisane, źródła literackie, one też nie dają nam pełnego wglądu w to, jak ludzie rzeczywiście mówili. My trochę na podstawie źródeł pisanych wyciągamy wniosek, że mówili tak, jak się pisało, bo nie mamy wideo i nie mamy audio z tamtego czasu. Więc my nie wiemy, jak naprawdę mówiono, a skoro tego nie wiemy i nie mamy nikogo, kto żył w takim czasie i nie mamy dostępu, który żył w tamtym czasie, to możemy zrobić wszystko. Możemy pofantazjować na ten temat. Dla mnie nie ma takiego znaczenia, jak to naprawdę wtedy było, bo po pierwsze my się nigdy tego nie dowiemy, po drugie to nie jest tak ciekawe jak to, że możemy stworzyć fantazję na temat tego, jak było, bo dla mnie rzeczywistość filmowa, serialu, to może być najlepiej fantazją na temat jakiegoś świata - mówi reżyser.

Rozmach produkcji zrobił duże wrażenie także na Marii Kani. Aktorka wspomina przede wszystkim swój pierwszy dzień zdjęciowy i przygotowaną na potrzeby serialu scenografię Krakowskiego Przedmieścia.

- Ja wylądowałam na największym planie tego projektu. Chociaż nie wiem, bo nie byłam na wszystkich dniach. Ja wylądowałam pierwszego dnia w pierwszej scenie z Florentyną, która sprawdza, czy jestem gotowa, by być służbą w domu Łęckich i następnie przechodziłyśmy przez Krakowskie Przedmieście, przez centrum Warszawy. (...) Przechodziłyśmy przez tę scenografię i to było coś, co nie mieściło się w mojej głowie, że coś takiego jest możliwe. Bo tam było wszystko. Wszystko i więcej, niż mogłam sobie wyobrazić - mówi aktorka.

Równie entuzjastycznie pracę nad serialem wspomina Maślona. Reżyser podkreśla, że ogromną rolę odegrały zarówno obsada, jak i poszczególne zespoły odpowiedzialne za stworzenie świata nowej "Lalki".

- Ja się czułem wspaniale, bo to była wspaniała przygoda na tak wielu poziomach, że każdego dnia byłem wdzięczny za to, że mogę robić to, co robię i być tam, gdzie byłem. (...) Myślę, że to jest fantastyczna historia, którą udało nam się stworzyć na motywach Prusa (...) Wspaniała obsada, która naprawdę dała z siebie wszystko. No więc to było tak, że nam wszystkim było uwierzyć w te iluzje i pokochać te iluzje i trudno było się z nią rozstawać, szczerze mówiąc, bo rzadko kiedy zdarza się taki projekt, w którym tak bardzo czuć, że film czy serial jest po prostu zjawiskiem, w którym przejawia się coś jako kumulacja talentu, czyli taki wielki wspólny taniec, w którym twórczość i ludzka kreatywność może manifestować się na tak wiele różnych sposobów w takiej najlepszej możliwej formie. Dla mnie to było cudowne, że mogę jakoś kierować tym zespołem i obserwować to wszystko, co robią osoby, które udało mi się zaprosić do współpracy - mówi reżyser.

Całej rozmowy można posłuchać tutaj

Czytaj także:

Mateusz Wysokiński