Tadeusz Kabicz: Korczak zginął tragicznie, ale dobro, które zostawił, wygrało

"Król Maciuś Pierwszy" to pierwsza w tym sezonie premiera Teatru Telewizji. O spektaklu, wg książki, o której każdy słyszał, a mało kto zna, z reżyserem Tadeuszem Kabiczem rozmawiał Piotr Radecki.

Tadeusz Kabicz: Korczak zginął tragicznie, ale dobro, które zostawił, wygrało

Tadeusz Kabicz

Foto: Piotr Radecki

10-letni Maciuś jest synem króla. Kiedy jego ojciec umiera, mały chłopiec zasiada na tronie. Nic nie wie o rządzeniu, otaczają go dorośli ludzie, którzy mówią niezrozumiałe rzeczy. Maciuś czuje się bardzo samotny, aż do momentu, kiedy w pałacowych ogrodach spotyka Felka. Chłopiec zostaje przyjacielem małego króla, który, ku zdumieniu otaczających go dorosłych, zaczyna podejmować samodzielne decyzje…


Skąd pan wyciągnął tę bajkę? Przecież dzisiaj, w dobie Disneya, nikt nie czyta "Króla Maciusia Pierwszego".

- Dyrektor Teatru Telewizji Michał Kotański zaproponował, żebyśmy może zrobili coś dla dzieci, ale z rozmachem. Zacząłem więc bardzo intensywnie szukać w literaturze dziecięcej, głównie polskiej, wśród najbardziej znanych tytułów. Wiadomo, że jak ma być coś dużego, to musi być znany tytuł. Szczerze mówiąc, "Króla Maciusia Pierwszego" w dzieciństwie nie czytałem. Coś mi świtało, że to tytuł, który przez wszystkich jest kojarzony ale zapomniany i nikt go nie zna. Z ciekawością po niego sięgnąłem i się zachwyciłem wieloma rzeczami: jego lekarskim, precyzyjnym stylem, jak traktuje czytelnika. To w ogóle niezwykłe, by wymyślić opowieść dla młodych ludzi o władzy, jak działa państwo… I pomyślałem, że to byłaby piękna rzecz do oglądania, jak dorośli aktorzy korzą się przed dzieckiem, to odwrócenie perspektywy. Sam fakt, że ta zapomniana książka o dziwo nie miała w ostatnich latach żadnej większej ekranizacji wydał mi się bardzo atrakcyjnym powodem, aby zaproponować dyrekcji ten tytuł.


Ale koniec końców to jednak bardzo smutna książka. Mówiąca o tym, że marzenia się nie spełniają…

- Janusz Korczak w jednej ze swoich publikacji napisał zdanie, które jest bardzo proste, ale do mnie trafiło: "Próba może się nie udać. Bo ci, co robią nowe rzeczy, nowe popełniają pomyłki". I myślę że o tym jest ta historia i na tym polega jej głębia. Gdyby zaproponować zwykły prosty happy end – był sobie król Maciuś, który musiał uporać się z dorosłymi, zrobił reformy i wszystko było pięknie – to by było banalne. I nie byłoby czego robić. A tutaj jest pesymistyczna historia, ale jednak z nutą nadziei, bo jest przecież druga część - "Król Maciuś na bezludnej wyspie". Coś on na tej bezludnej wyspie robił, coś jednak w tych ludziach zmienił. Wydaje mi się, że nie da się tej książki czytać w oderwaniu od biografia autora. Jest niesamowite, w jaki sposób się to łączy z końcem jego życia, mimo że napisał to 20 lat przed swoją śmiercią. Bo doskonale wiadomo, że Korczak skończył życie w tragicznych okolicznościach, ale jednak to dobro, które po sobie zostawił - wygrało. I pamiętamy o nim, ciągle do niego wracamy. Myślę, że pod tym względem jest to opowieść absolutnie niezwykła i nieodwołalnie związana z tym, jaki był.


Zrealizował Pan ekranizację współczesną, ale nie tracącą jednak ducha oryginału

- Nad adaptacją trochę się namęczyłem, chociaż pierwsza wersja powstała dosyć szybko. Miałem coś takiego, że spojrzałem na tę książkę i od razu zaczęły mi się kotłować pomysły, jak można by to pokazać, zaadoptować. Monolog ochmistrza o etykiecie, wspaniałe opisy dworu: wydaje mi się bardzo zabawne, trafne, bardzo dzisiejsze. No i kotłowało się we mnie dużo, dużo pomysłów, jak to przełożyć na język ekranowy: to było duże wyzwanie. Ta książka pełna jest atrakcji, przygód, są wojny, wyprawa do Afryki, wiele postaci - to, jakby nie patrzeć, przygodowa, wielowątkowa powieść, z dużą ilością akcji. Jak to przynieść do teatru? W filmie pewnie byłoby łatwiej, bo można by było wszystko nagrać, natomiast tutaj trzeba było znaleźć balans, żeby to było atrakcyjne dla młodych ludzi, widowiskowe, ale jednak teatralne. Więc wymyślałem, jak opowiedzieć pewne wątki za pomocą słów, dialogu. Najtrudniejsze było znalezienie języka, który byłby wspólny dla dużych i dla małych odbiorców. Żeby w Teatrze Telewizji, formie opartej jednak na słowie, stworzyć taką opowieść, która będzie także atrakcyjna dla młodych ludzi, którzy są przyzwyczajeni, że jest dużo, kolorowo, dynamicznie i tiktokowo. Z pomocą przyszła mi wspaniała Karolina Jacewicz, która zrobiła piękne animacje, cudowny Szymon Sutor, który napisał piękne piosenki, które tę przygodowość nam realizują. Ważne też było sprawdzenie, co w tym tekście jest już przestarzałe, nieaktualne, a co jest ciągle zaskakująco uniwersalne. I to było też dla mnie duże zaskoczenie, jak wiele rzeczy Korczak wymyślił, z jak wieloma jego pomysłami do dzisiaj się spotykamy i nawet nie wiemy, że to jest jego dzieło. On ciągle za mało jest znany i mam nadzieję, że nasz spektakl przypomni, że był taki człowiek, który tak mądre rzeczy mówił o dużych i małych ludziach.


Zdjęcia trwały zaledwie 10 dni. To wymaga ogromnej dyscypliny, planu. Pan miał pomysł, a jednak jeszcze był czas na zmiany koncepcji, modyfikacje…

- Bardzo lubię pracować z aktorami jako współtwórcami: pytać ich o zdanie, pytać o ich proces, jak lubią pracować. Ja też się ciągle uczę i pracując z taką obsadą, chciałem jak najwięcej od nich czerpać. Ta adaptacja oczywiście już na pierwszej próbie była gotowa, ale pewne sceny, pewne tematy ciągle omawialiśmy, spieraliśmy się, szukaliśmy jak najlepszych słów, żeby coś określić. Na ile wchodzić polemikę z autorem - choćby o tej Afryce. Feminatywy myślę, że też będą bardzo kontrowersyjne, a z drugiej strony za czasów Korczaka były częściej i bardziej powszechnie używane, niż teraz. Trochę też bawiliśmy się tymi formami "panowie i panie", szukaliśmy takich smaczków. Dla mnie to był niezwykle kreatywny, wspaniale wzbogacający proces.


Co Pana zaskoczyło podczas realizacji?

Pamiętam, że rozmawialiśmy z Marcinem, że fajnie by było może jakiś plener znaleźć. Jakiś kawałek ściany w pałacu, może w Królikarni. I nagle padł pomysł "Wilanów!" No to może tam nam dadzą kawałek ściany? I nagle - mamy cały ogród do dyspozycji! I okazuje się, że jest gigantyczna scenografia i nagle zaczęło to wszystko w niesamowity sposób się rozwijać. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. A kolejne, to było spotkanie na planie z tak fantastycznymi ludźmi z każdej strony kamery. To było absolutne spełnienie marzeń, żeby z takimi ludźmi pracować. I z młodymi ludźmi, którzy też się okazali zjawiskowo utalentowani. I z ekipą która realizowała przepiękny materiał każdego dnia. Bardzo wszystkim za to dziękuję. I dyrekcji Teatru Telewizji za to, że mogłem zrobić ten spektakl w takiej formie. Aż trudno uwierzyć, że to już koniec.

Czy powstanie druga część, czyli "Król Maciuś na bezludnej wyspie"?

- Nie znam tej książki. Ale jak czytałem "Króla Maciusia Pierwszego", to końcówka mi się podobała. Myślałem, że to jest takie otwarcie - tu się nie udało, ale jest gdzieś jeszcze furtka… Finałowa piosenka miała być na otarcie łez, że jednak coś się zmienia dzięki nam i coś po Korczaku zostaje. A co Maciuś robi na wyspie, to państwo muszą sobie sami wyobrazić. Albo poczekać aż się guwernantka dowie i to opisze. (śmiech)

Tymon Bitkowski powiedział że chce znowu zagrać Króla Maciusia w ciągu dalszym.

- Ja też bardzo chętnie coś na bezludnej wyspie nakręcę… (śmiech)


Janusz Korczak, "Król Maciuś Pierwszy", adaptacja i reżyseria: Tadeusz Kabicz. Premiera w Teatrze Telewizji - poniedziałek, 7 września, godz. 20.55, TVP1.

 

Rozmawiał: Piotr Radecki