Powstanie oczami dziecka. Andrzej Gierczyński o 63 dniach w piwnicy na Próżnej

Przed 82. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, Krzysztof Łoniewski rozmawiał z panem Andrzejem Gierczyńskim, który sam przedstawia się jako "Zwyczajny '44". Przez 63 dni ukrywał się z babcią w piwnicy na Próżnej. To tam obchodził swoje piąte urodziny, a od powstańca otrzymał ołowianego żołnierzyka. O Powstaniu oczami dziecka i swojej "powstańczej epopei" opowiedział w audycji "Ludzie".

Powstanie oczami dziecka. Andrzej Gierczyński o 63 dniach w piwnicy na Próżnej

Ludność cywilna opuszcza Warszawę po ustaniu walk powstańczych (zdjęcie z października 1944 roku)

Foto: CAF/PAP

1 sierpnia obchodzić będziemy 82. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, które było największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. Do walki w stolicy 1 sierpnia 1944 r. przystąpiło ok. 40-50 tys. powstańców. Planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące.

W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej wynosiły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono z miasta, które po powstaniu zostało niemal całkowicie spalone i zburzone.

Posłuchaj audycji Trójki:

63 dni w piwnicy na Próżnej

Gdy wybuchło Powstanie, pan Andrzej Gierczyński miał niespełna pięć lat. Niespełna - bo piąte urodziny obchodził, ukrywając się w piwnicy na ulicy Próżnej. Ze "Zwyczajnym '44" rozmawiał Krzysztof Łoniewski. Zapis wywiadu usłyszeliśmy w audycji "Ludzie".

Dlaczego "Zwyczajny '44"? Tak przedstawił się pan Andrzej. - Zapoznałem się z książką pani Agnieszki Cubały pod tym samym tytułem. Znakomita większość książek o Powstaniu opiewa czyny zbrojnych powstańców. Natomiast w książce "Zwyczajni '44" pani Agnieszka podniosła temat cywili - ludzi, którzy nie walczyli bezpośrednio z Niemcami, ale wielokrotnie czynnie pomagali - mówił pan Andrzej.

- Całe Powstanie - od pierwszego do sześćdziesiątego trzeciego dnia - przeżyłem w piwnicy przy ulicy Próżnej 12. To taka mała uliczka w Śródmieściu Północnym, blisko Ogrodu Saskiego, rzut beretem od słynnego budynku PASTy, która zasłynęła w czasie powstania tym, że zdobyli ją powstańcy w ciężkich walkach z Niemcami - opowiadał. 

1 sierpnia

1 sierpnia do mieszkania rodziny pana Andrzeja na ulicy Próżnej 7 weszli gestapowcy. - Byłem wtedy chory, miałem gorączkę, leżałem w łóżku. O tych zdarzeniach opowiadała mi później babcia. Niemcy, po wylegitymowaniu wszystkich, (...) powiedzieli, żeby wszyscy dorośli szykowali się (na Pawiak - red.). Ojciec, który doskonale znał niemiecki i francuski, wybłagał jednego starszego gestapowca, żeby zostawili mnie i babcię. (...) W czasie Powstania byłem pod opieką tylko mojej 60-letniej babci - wspominał pan Andrzej.

Ojciec i wujek pana Andrzeja zostali rozstrzelani na Pawiaku, a jego mama trafiła do obozu Ravensbrück. Później odnalazła pana Andrzeja i jego babcię, którzy w trakcie Powstania schronili się w budynku naprzeciwko - w piwnicy na Próżnej 12.

Co pamięta z powstania?

- Pamiętam, że bardzo bolały mnie kolana i babcia mnie czymś smarowała. Pamiętam, że wpatrywałem się w żarówkę w piwnicy, która ciągle migała w takt ryczących krów. Dla ludzi, którzy nie wiedzą, czym są ryczące krowy - to niemieckie miotacze min. Warszawiacy nazywali je krowami albo szafami. (...) Pamiętam też, że przechodził przez piwnicę partyzant. Zatrzymał się przy mnie, żeby złapać oddech i dał mi ołowianego żołnierzyka, który był moją zabawką nie tylko w Powstaniu, ale również później - opowiadał pan Andrzej. - Powstańcy, żeby się przemieszczać przez niektóre piwnice, przekuwali przez ściany i tą drogą się przemieszczali. To były takie szlaki komunikacyjne pod ziemią - tłumaczył.

11 września - w piwnicy na Próżnej - pan Andrzej skończył pięć lat. - Tortu ze świeczkami nie było, ale moja babcia jakimś sumptem przyniosła mi kawałek mięsa. Oczywiście łapczywie je spożywałem i do dziś pamiętam jego słodkawy posmak. Bardzo mi to smakowało - wspominał.

Koniec "powstańczej epopei"

2 października 1944 r. po 63 dniach walk przedstawiciele Komendy Głównej AK podpisali w Ożarowie akt kapitulacji. W czasie powstania ginie ok. 18 tys. powstańców i co najmniej 150 tys. cywilów. Pół miliona mieszkańców opuszcza zburzoną w 80 proc. stolicę. - Razem z babcią ruszyliśmy na Dworzec Główny. (...) Traktowałem to jako przygodę, bo wtedy po raz pierwszy jechałem koleją. To był pociąg towarowy, tak zwany bydlęcy. Podróż była krótka, bo z Warszawy do Pruszkowa - opowiadał pan Andrzej. 

- Osoby oceniane przez Niemców jako sprawne fizycznie i mające pewien potencjał roboczy, wysyłano do Niemiec na tak zwane roboty. Osoby nierokujące... Do Auschwitz. (...) Pamiętam, że kolumna ruszyła w lewo, a babcia sprytnie wzięła mnie za rękę i poszła w prawo. Nie zraziła się, gdy coś do nas krzyknęli. Pomachała tylko i powiedziała: "Do rodziny, do rodziny". Czy to był Ślązak i rozumiał? Czy trafił się dobry Niemiec? Tego nie wiem. (...) Wylądowaliśmy pod Grodziskiem Mazowieckim we wsi Kozery Stare u znajomych rodziców, gdzie po kilku ładnych miesiącach w maju odnalazła mnie matka po powrocie z obozu w Ravensbrück. I to byłoby wszystko, jeżeli chodzi o moją powstańczą epopeję - opowiadał w rozmowie z Krzysztofem Łoniewskim.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy z panem Andrzejem Gierczyńskim. Można znaleźć ją TUTAJ.

Czytaj także:

Ewelina Kołaczek