"Listy na M." Ukochane, znienawidzone, dziwne, czyli perypetie z imionami

W wakacyjnym cyklu "Listy na M." powracamy do listów, które słuchaczki i słuchacze wysyłali do Trójki w latach 80. i 90. Tym razem tematem audycji były imiona - zwykłe, niezwykłe, dziwaczne, staroświeckie - wszelkie związane z nimi sytuacje. A inspiracją był, jak zwykle, list. Tym razem wysłany w 1987 roku przez zrozpaczoną młodą słuchaczkę.

"Listy na M." Ukochane, znienawidzone, dziwne, czyli perypetie z imionami

Justyna Grabarz

Foto: Cezary Piwowarski/Polskie Radio

Tego lata Trójka zaprasza słuchaczy w podróż w przeszłość. W wakacyjnym paśmie "Listy na M." od poniedziałku do czwartku, w godzinach 9.00–12.00, prowadzący zaglądają do pudełek z dawnymi listami i pocztówkami, które przed laty trafiały do "Listy Przebojów Trójki", a konkretnie do legendarnego "Kącika Marii" prowadzonego prze Marię Teodorowicz. To była korespondencja pisana z myślą o antenie - taka, w której słuchacze prosili o przeczytanie w radiu pozdrowień, pomoc w odnalezieniu kogoś, bądź o poradę w życiowych kłopotach.


Jak Katarzyna-Pelagia straciła chłopaka

Punktem wyjścia dzisiejszej audycji był list zrozpaczonej słuchaczki, która w roku 1987 swój list zaczęła od dramatycznych słów "Droga Mario, proszę Cię o pomoc. Tylko Ty możesz mi pomóc…" A później opisała krótką znajomość z chłopcem, który ją rzucił, gdyż podała mu imię Katarzyna, inne niż w rzeczywistości nosiła. Dlaczego? Ponieważ tego prawdziwego serdecznie nie cierpiała, a brzmiało ono - Pelagia. Niestety, w jakiejś sytuacji wypadła jej legitymacja, którą chłopak zobaczył i rzucił Trójkową słuchaczkę mówiąc, że "z Pelasią chodzić nie będzie"...

Benedykt - niegdyś nie lubiany, dzisiaj jedyny

W związku z tą dramatyczną sytuacją, spowodowaną przez staroświeckie i, jak się okazało, pod koniec lat 80. kompromitujące, imię, Justyna Grabarz postanowiła zapytać słuchaczy o ich ulubione, a może znienawidzone, imiona i przygody z nimi związane. Temat spotkał się z bardzo żywym odbiorem, czemu zresztą trudno się dziwić - w końcu każdy z nas nosi jakieś imię.

Jak przyznał pan Benedykt, w szkole podstawowej bardzo nie lubił swojego imienia, marzył o tym, aby je zmienić. Powodem był fakt, że przezywano go "Benek - bębenek". Jednak teraz sytuacja zmieniła się diametralnie: - Nie chciałbym go zmienić na inne, gdyż nie znam żadnego innego Benedykta - deklaruje.

Jak z powodu braku teczki Mariusz Gienkiem został

Zdarza się również tak, że mając nadane jedno imię, używa się innego. Powody takiej sytuacji bywają bardzo różne. - W 1987 roku, kiedy po podstawówce poszedłem do zawodówki, mieliśmy tam przedmiot o nazwie rysunek techniczny. I trzeba było na te rysunki przynosić teczki formatu A4. I mama znalazła mi w domu taką teczkę, ale podpisaną jej imieniem Genowefa. A ja wziąłem tę teczkę do szkoły nawet tego nie zamazując. I kolega to zobaczył i mówi "Gienia, świat się zmienia!". No i od 40 lat jestem już Gienek - śmieje się pan Mariusz. I przyznaje, że praktycznie nie reaguje na swoje prawdziwe imię, chociaż oczywiście się nim przedstawia. - I to jest historia, jak można zmienić imię z powodu braku teczki do rysunku technicznego - podsumowuje.

Całej audycji można wysłuchać »TUTAJ«.


Piotr Radecki