"Bóg mi powierzył humor Polaków". 50 lat temu zmarł Antoni Słonimski
"Bóg mi powierzył humor Polaków" - mówił Antoni Słonimski. Erudyta bez matury, samotnik angażujący się w sprawy społeczne - był postacią wielowymiarową i nietuzinkową. W sobotę mija 50 lat od śmierci poety, dramatopisarza, prozaika i współzałożyciela grupy Skamander.
Poeta, dramatopisarz, prozaik Antoni Słonimski (zdjęcie z 1956 roku)
Foto: Adam Mottl/CAF/PAP
"Człowiek o niezwykłym poczuciu humoru. Homo politicus, pacyfista, marzący o świecie bez granic. Samotnik, chłodny intelektualista, ale jednocześnie fighter, żywiołowy buntownik" - oceniła bohatera swej książki pt. "Słonimski. Heretyk na ambonie" (2012) Joanna Kuciel-Frydryszak.
Posłuchaj audycji Trójki:
- O książce "Słonimski. Heretyk na ambonie" (audycja z 2012 roku)
- Rozmowy o polskiej literaturze w "Pliku tekstowym"
"Antoni był człowiekiem wybrednym. Wybrednym także towarzysko. Uzbrojonym w zabójczy dowcip. To on przecież zdobył się na morderczą ripostę, kiedy zbliżył się do niego pewien krytyk proreżimowy i odezwał się z wahaniem: 'Panie Antoni, pan mnie pewnie uważa za wielką świnię'. Na to Antoni: 'O wielkości nie ma mowy'" - wspominał Tadeusz Konwicki, cytowany w tej książce.
Antoni Słonimski - skamandryta bez matury
Antoni Słonimski urodził się 15 listopada 1895 r. w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Jego dziad i pradziad, matematycy, współtworzyli żydowskie Oświecenie - haskalę. Ojciec, Stanisław, był znanym warszawskim lekarzem i społecznikiem - Bolesław Prus uwiecznił go w "Lalce" w postaci doktora Szumana.
Antoni uczęszczał do kilku szkół, bowiem nauczyciele nie byli w stanie okiełznać oczytanego i pewnego siebie dziecka, ćwiczącego na nich swój złośliwy humor - z którego po latach będzie słynął. W końcu rodzina zdecydowała się na edukację domową. Słonimski nigdy nie zdał matury. Wcześnie poczuł powołanie artysty, ale na początku chciał być malarzem. Przełomem okazała się lektura sonetów Mickiewicza. "Złapałem poezję i literaturę, jak łapie się katar czy grypę" - wspominał poeta.
W 1918 roku znalazł się w grupie założycieli kawiarni literackiej "Pod Pikadorem", w której młodzi poeci czytali swoje wiersze publiczności. Grupa poetycka, która tam powstała, złożona z Antoniego Słonimskiego, Juliana Tuwima, Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego i Jarosława Iwaszkiewicza, miała przejść do historii jako Skamandryci. Poeci byli popularnymi postaciami przedwojennej Warszawy - stolik, przy którym urzędowali w kawiarni Mała Ziemiańska, był instytucją przedwojennego życia literackiego. Słonimski, choć uchodził za brzydala, romansował z najpiękniejszymi kobietami Warszawy - Marią Morską, Ireną Baruch, Anną Iwaszkiewiczową. Ożenił się z graficzką - Janiną Konarską.
"Bóg mi powierzył humor Polaków"
Skamandryci stali się filarem "Wiadomości Literackich", najważniejszego pisma kulturalnego dwudziestolecia międzywojennego. Słonimski publikował w nim reportaże, recenzje teatralne, żartobliwe omówienia grafomańskich tomików ("Książki najgorsze"). Przede wszystkim jednak był, od 1927 roku, autorem stałego felietonu "Kronika tygodniowa", od której to rubryki, drukowanej na ostatniej stronie "Wiadomości', czytelnicy najczęściej zaczynali lekturę pisma.
"Bóg mi powierzył humor Polaków" - pisał Słonimski w jednym z felietonów, w których komentował wydarzenia kulturalne i polityczne. W latach 30. dużo pisał o faszyzmie, który uważał za największe zagrożenie dla Europy. Gdy zaprzyjaźniony z nim Ferdynand Goetel opublikował książkę "Pod znakiem faszyzmu" (1938) Słonimski zaczął nazywać go "Goetelsem" (od Josepha Goebbelsa), ale sytuacja szybko przestała być zabawna - endeccy publicyści zaczęli wykluczać pisarzy żydowskiego pochodzenia z grona Polaków.
Po opublikowaniu jednego ze swych najważniejszych wierszy "Dwie ojczyzny" - w którym chwalił patriotyzm "jagielloński", otwarty na różnorodne postawy, narodowości i wyznania - Słonimski został 13 stycznia 1938 r. w kawiarni Ziemiańska dwukrotnie spoliczkowany przez endeckiego dziennikarza Zygmunta Ipohorskiego, który - jak podał "Kurier Poznański" - uznał ten utwór za "znieważający Polskę".
Po wybuchu wojny Słonimski przedostał się do Rumunii, a stamtąd do Paryża. W wydawanych przez Mieczysława Grydzewskiego emigracyjnych "Wiadomościach Polskich" ukazał się najbardziej znany wiersz Słonimskiego "Alarm". Dotarł on do okupowanego kraju drogą radiową, a wydrukowany w konspiracyjnym piśmie "Polska Żyje", stał się swoistym hymnem walczącej Warszawy.
W 1940 roku, po upadku Francji, Słonimski przeniósł się do Londynu - był wiceprezesem polskiej sekcji Pen Clubu i z jego ramienia występował do władz ZSRS o uwolnienie z łagrów polskich pisarzy oraz apelował do aliantów o pomoc dla powstańczej Warszawy. Po wojnie Słonimski pozostał w Anglii, jako kierownik międzynarodowej sekcji literatury i teatru UNESCO.
50 lat od śmierci Słonimskiego
Zmarł 4 lipca 1976 r. w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym. Został pochowany obok zmarłej rok wcześniej ukochanej żony na cmentarzu w Laskach pod Warszawą. W testamencie prawa autorskie do swych utworów zapisał Zakładowi dla Niewidomych w Laskach.
Tadeusz Konwicki, któremu w spadku Słonimski zapisał telewizor, nie był zdziwiony, gdy podczas pogrzebu trumna z ciałem przyjaciela nie chciała się zmieścić do grobu i trzeba było poszerzać dół. "Był większy, niż przewidywały normy. Ale ja o tym wiedziałem" - powiedział Konwicki.
Antoni Słonimski odszedł kilka dni po czerwcowych protestach robotniczych 1976 roku - nie doczekał końca Peerelu, ale jak mało kto, trafnie ten koniec przewidział, pisząc: "Polska to taki dziwny kraj, w którym wszystko jest możliwe, nawet zmiany na lepsze".
Ewelina Kołaczek, PAP