Życie to nie bajka...
... a bycie rodzicem to tworzenie historii...
Jutro, 04.04.2011 – moje urodziny… o czym pomyślę, gdy będę zdmuchiwać świeczki na torcie… dawniej, gdy byłam młodsza marzenia były inne, bardziej materialne, bardziej egoistyczne… teraz moje marzenia wiążą się z byciem rodzicem. Zwłaszcza w tym roku, który jest odrodzeniem dla naszej rodziny. Końcówka zeszłego roku odmieniła nasze spostrzeżenia co do bycia rodzicem…
Kiedyś chcieliśmy dać wszystko naszemu dziecku wszystko co najlepsze, co najnowsze, przykuwaliśmy uwagę do tego jak się prezentuje na placu zabaw, podczas spaceru w parku… nowoczesny wózek, buciki z najnowszej kolekcji… nie, nie oznacza to, że dbaliśmy tylko materialnie o naszą córeczkę, zapewnialiśmy jej także wspólne spędzenie czasu, opiekę oraz poczucie pewności i zaufania.
Co musiało się stać, byśmy poczuli także inne barwy bycia rodzicem?
Opowie o tym jedna historia z naszego rodzinnego pamiętnika…
6 grudnia 2010 – Mikołajki
Wczoraj dużo opowiadałam Amelce o Mikołaju, pokazywałam obrazki, a Ona ciekawie się w nie wpatrywała i pokazywała paluszkiem „oko”… Dużo „rozmawiałyśmy”, zapewniłam nawet, że na pewno Mikołaj odwiedzi ją, bo odwiedza wszystkie grzeczne dzieci, a Ona była cały rok wspaniała. Dzielnie znosiła wszystkie „nie wolno” przy których zabawnie pokazywała paluszkiem nonono, przejawiła się u niej także pedantyczność i uwielbienie sprzątania, nie mogłam ani razu poodkurzać bez jej towarzystwa, prasowanie i gotowanie równie świetnie jej wychodziło, nie mówiąc o zapale jakim obdarzyła szczotkę do czyszczenia ubikacji…
Gdy nadszedł ten magiczny dzień, głęboko, wysoko w szafie schowałam strój Świętego Mikołaja i prezenty… w roli tej miał oczywiście wystąpić tatuś, który potajemnie zakradnie się do mieszkania po pracy. Jak co dzień nie będzie zmęczony, by z nami usiąść i pobawić się, dziś nawet będzie mieć siłę i ochotę, by być naszym Mikołajem…
Jak każdego dnia Amelka w godzinach południowych zrobiła sobie sjestę, zatem korzystając z tej sposobności poszłam włożyć do paczki dla niej jeszcze owoce…
Gdy weszłam do pokoju poczułam dziwny zapach. Sprawdziłam wszystko co możliwe… skąd tak dziwnie śmierdzi? Wyglądnęłam przez okno, z 7 piętra jak na dłoni widziałam całe podwórko. Z ani jednego kosza nie wydobywał się dym…
Hmmm, a tu śmierdzi mi co raz bardziej… może jakaś pani domu przypiekła obiad, pomyślałam ciekawie otwierając drzwi na korytarz… wtedy moim oczom ukazała się tragedia… czarna rozpacz, dosłownie i w przenośni, bo moje oczy w sumie nic nie ujrzały, nic oprócz ciemności, a moja skora poczuła ogromne ciepło i nie było to ciepło „ogniska domowego”… to był najprawdziwszy pożar! Zawsze uważałam się za opanowaną, lecz wtedy tam, wszystko ze mnie uciekło, jak gdyby ten dym zasłonił mi racjonalne myślenie. Mocno nabrałam powietrza w płuca, przecież nie poddam się tu i teraz, usiłowałam przypomnieć sobie numer alarmowy na straż pożarną, nie, nie myślcie, że wcześniej go nie znałam, znałam go doskonale, teraz doceniam porady, w których zaleca się by blisko telefonu nakleić sobie alarmowe numery, wcale nie trzeba być sklerotyczną babcią, by tego potrzebować. Dzwonie! Wzywam pomoc! Na naszym podwórku gromadzą się ludzie, a ja jestem sama, sama tak wysoko z odciętą drogą wyjścia, na dodatek z moją Kruszynką…
Biegam po domu usiłując zebrać cenniejsze rzeczy, biegam w popłochu, z roztrzęsionymi rekami, z nogami jak z waty, bezsensownie czasem patrząc na podwórko, i cały czas plącząc… W głowie biłam się z myślami, Boże! czy Ty naprawdę chcesz żebyśmy tu zginęły? Czy naprawdę nie pozwolisz mojemu dziecku nauczyć się chodzić, czy tak właśnie chcesz?
Pod szczelinę w drzwiach podkładam mokre ręczniki, by dym nie dostawał się do środka, ubieram córeczkę w kombinezon i czekam przy otwartym oknie na pomoc… każda sekunda trwa jak wieczność…
Stukot do drzwi i są! Jest nasza pomoc! Zakładają nam maski tlenowe i zabraniają brać czegokolwiek. Krzyczą – wychodzimy! Nie mamy czasu!
W naszym mieszkaniu z klatek wentylacyjnych buchają już czarne kłęby dymu – to ostatni mój rzut oka na nasze mieszkanie… Szybka instrukcja jak idziemy, z której zrozumiałam tylko tyle, że mam się trzymać węża strażackiego, który jest zimny jak lodowe sople, ale wiem, że choćbym miała mieć odmrożone ręce, to jest to moja jedyna droga, jedyne rozwiązanie, niczym nić Ariadny… Nie myślę już o niedogodnościach, tylko o moim dziecku, które niesione jest na rękach pierwszego strażaka… Liczę w ciemnościach mijane podesty, 4 piętro, 3 piętro… już w myślach się cieszę, już prawie na dole jesteśmy… i nagle trach, słyszę przed nami trzask, woda tryska po całej klatce. Ujeżdżam na śliskim, zalanym wodą stopniu i pozostaje daleko w tyle za moim dzieckiem. Zamykający naszą „ekipę” strażak pomaga mi się podnieść, a ja już nie myślę, o stłuczonym łokciu, o bolącym kręgosłupie, ja gnam przed siebie, bo tu na dole dym rzadszy i bez trzymania węża sobie radze… wybiegam na zewnątrz i zrozpaczona szukam mojego dziecka… Jest! Jest moje wielkie Szczęście! Podpięta do butli z tlenem, płacząca, cała mokra, wystraszona nie mniej niż ja… chcę wziąć ją na ręce, przytulić, ukoić, słyszę – nie wolno. Już razem obok siebie leżymy w karetce, nareszcie pozwalają mi wziąć mojego Króliczka, który pokazał swój charakterek i nie daje się zbadać… W ramionach mamy czuje się pewnie i spokojnie, pozwala na jakiekolwiek badania.
Przyjeżdża nasz mężczyzna… wchodzi do ambulansu i płacze tuląc nas w swoich ramionach… Już wszystko jest dobrze… Mimo obowiązkowego pobytu w szpitalu czujemy się dobrze, bo mamy siebie razem.
Mimo braku dachu nad głową, czujemy się dobrze, bo mamy siebie razem.
Mimo braku wszystkiego, czujemy się dobrze, bo mamy siebie.
Już wiem jak czuje się bezdomny obdarowany choćby miłym spojrzeniem, serdecznym gestem, warto w życiu pomagać innym – ofiarowane dobro zawsze powraca, tak uczyła mnie moja mamusia, tego samego będę uczyć naszą córeczkę, by nie odwracała nigdy głowy, jak ta pani w szpitalu, przechodząca obok nas jakby mocniej zaciskając swoją markową torebkę. Może ten pamiętnik przeczyta kiedyś ktoś z tych osób, które tam w szpitalu chciały pomóc nam, te które choć z zainteresowaniem podeszły i zapytały czy chcemy się napić czegoś ciepłego, a może potrzebujemy innej pomocy… tym wszystkim chciała bym powiedzieć głośne dziękuję! To właśnie Wy byliście naszymi zeszłorocznymi Mikołajami…
Dziękuję Wam za nadzieję jaka się wtedy zrodziła w moim sercu, że gdy, kiedyś moja córka, będzie żyć tak jak my, z dala od najbliższych, to znajdzie się ktoś, kto potrafi wyciągnąć pomocną dłoń.
I tu nauczyliśmy się ODPOWIEDZIALNOSCI za nasze dziecko…
Długi okres czasu nasza uwielbiająca pływać Amelka, bała się kąpać, bała się szumu wody, histeryczny płacz wywoływało wejście do wanny i odkręcenie wody… stopniowo w ramionach rodziców przełamała strach i ponownie radość sprawia jej wodne baraszkowanie.
Nasz pan doktor zalecił nam zawiezienie Amelki do babci, by tam odseparować ją od stresu i wspomnień, od nerwowej atmosfery "przeprowadzki"… nie, nie zgodziliśmy się! Jesteśmy razem. Ona wprowadziła w ten trudny dla nas czas spokój i opanowanie, to dla niej i dzięki niej przeszliśmy ten okres spokojniej i z opanowaniem niczym po linie nad przepaścią.
I choć życie to nie bajka, wszystko na nowo zaczyna rozkwitać w naszym życiu…
Nie skusiliśmy się na rozłąkę i szybszy dorobek, by jedno z nas wyruszyło na emigrację, nie chcemy być weekendową rodziną, chcemy by nasze dziecko miało nas na co dzień, a nie od święta, choćby dlatego, że z tymi świętami to różnie u nas wypada ;) Z optymizmem patrzymy jednak w przyszłość mając jako przewodnie motto "do trzech razy sztuka", w końcu musi nam się udać Boże Narodzenie , takie jak sobie zaplanujemy my, a nie wypadkowa zdarzeń ;)
Historia ta nauczyła nas mieć zawsze włączony telefon i zawsze naładowany, nie bagatelizować nawet najmniejszego swądu docierającego do mieszkania. Często w pogoni za tym co chcemy mieć, zatracamy prawdziwe wartości, RODZINA to nie super kino domowe, nowoczesne meble czy kanapa najwyższej klasy…
Nasza rodzina potrafi bawić się w berka na gołej podłodze, choć kiedyś mieliśmy miękki dywan, po którym uwielbialiśmy się tarzać.
Nasza rodzina potrafi z fascynacją słuchać i obrazowo opowiadać niczym najlepszy film przygodowy, jak jej członkom minął dzień.
Nasza rodzina kiedyś zbierała się w salonie na wygodnej kanapie zajadając popcorn, dzisiaj potrzebny nam jest tylko stół, by wspólnie cieszyć się posiłkiem…
Nasza rodzina, choć przeszła wiele zgodnie twierdzi…
Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w naszym życiu wszystko się odmieniło… to co materialne legło w gruzach, lecz to co najcenniejsze, widoczne tylko sercem zwyciężyło…
… bo życie to jednak jest bajka… gdy obok ma się bliskich…
Pantofelek36