Polscy ratownicy zakończyli akcję w Libanie
Zakończyła się właśnie misja polskich ratowników, którzy kilka dni temu udali się do Libanu, by pomagać ofiarom potężnego wybuchu, który wstrząsnął w minionym tygodniu Bejrutem. O akcji ratowniczej opowiada jej dowódca st. bryg. Mariusz Feltynowski.
Polscy ratownicy przed wylotem do Libanu
Foto: PAP/Mateusz Marek
Gubernator Bejrutu poinformował, że wybuch zabił 220 osób. Przez miasto przechodzą też gwałtowne protesty Libańczyków, którzy chcą dymisji władz. Ze stanowisk rezygnują kolejni ministrowie. Na gruzowisku w porcie zakończyła się tymczasem akcja ratunkowa. Wśród ekip poszukiwawczych byli też polscy strażacy, którzy w poniedziałek wieczorem wrócą do Polski.
– Prace poszukiwawcze żywych osób zostały zakończone. Nadal pracuje na miejscu grupa rosyjska. Nie ma jednak nadziei, by odnaleźć tam kogokolwiek żywego – mówi st. bryg. Mariusz Feltynowski.
W skład grupy strażaków weszło: 39 ratowników grup poszukiwawczych z Warszawy, Poznania, Łodzi, Nowego Sącza, czterech ratowników chemicznych oraz cztery psy. Grupą dowodził st. bryg. Mariusz Feltynowski, kierujący wcześniej działaniami ratowniczymi w czasie misji po trzęsieniach ziemi na Haiti i w Nepalu.
Razem ze strażakami poleciał 11-osobowy zespół medyczny z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. W jego skład weszli zarówno lekarze, jak i specjaliści ds. pomocy humanitarnej, którzy na miejscu zajmowali się m.in. oceną potrzeb i rozdziałem pomocy, w taki sposób, by trafiała ona do osób najbardziej potrzebujących.
– Bezpośrednio po wylądowaniu skontaktowaliśmy się z koordynującą działania armią libańską. Nie weszliśmy jednak od razu do działań, bo musieliśmy wykonać testy na Covid-19 i dopiero po uzyskaniu ich wyników, przydzielono nam sektory pracy. Działaliśmy w samym epicentrum wybuchu, podzieleni na grupy, przez całą dobę: prowadziliśmy poszukiwania ocalałych, udzielaliśmy pomocy rannym i ocenialiśmy stopień uszkodzeń budynków. Niestety ani ratownicy krajowi, ani społeczność międzynarodowa, nikt nie znalazł ani jednej żywej osoby – wyjaśnia dowódca polskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej.
Polska baza operacji ratowniczej usytuowana była w odległości 300 metrów od epicentrum wybuchu. W czwartek ratownicy dostali do dyspozycji strefę, w której mogli prowadzić działania operacyjne – nazwany roboczo "strefą J" obszar obejmował cywilny sektor poza samym portem. Z mapy ilustrującej podział stref wynika, że polskim strażakom przydzielono największy z obszarów. Obok Polaków zgodę na tak zaawansowane działania otrzymali tylko Francuzi. Działania, które zaczęto od rozpoznania sytuacji z użyciem psów ratowniczych i sprzętu do lokalizacji, prowadzono w dwóch zespołach od piątku do niedzieli.
– To praca systematyczna. Najpierw idzie grupa rozpoznania, która ocenia prawdopodobieństwo, gdzie mogą wciąż znajdować się żywe osoby. Jeśli psy potwierdzą zapach żywego człowieka, wprowadza się kamerę endoskopową i szukamy kontaktu wzrokowego. Prowadzi się również poszukiwania nasłuchem. Jeśli otrzymamy potwierdzenie, zaczynamy wydobycie takiej osoby, zabezpieczamy ją medycznie i przeprowadzamy ewakuację – opisuje ratownik.
***
Tytuł audycji: Zapraszamy do Trójki – ranek
Prowadzi: Marcin Łukawski
Gość: st. bryg. Mariusz Feltynowski (dowódca polskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej w Bejrucie)
Data emisji: 10.08.2020
Godzina emisji: 8.15
IAR/ml