Niemcy obawiają się ukraińskich zwycięstw na froncie. Dlatego naciskają na Kijów, by „negocjował” z Putinem

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Mail
Niemcy obawiają się ukraińskich zwycięstw na froncie. Dlatego naciskają na Kijów, by „negocjował” z Putinem
Olaf Scholz jest powszechnie krytykowany za swoją postawę wobec wojny na Ukrainie.Foto: Alexandros Michailidis/ Shutterstock

Wojna na Ukrainie trwa już piąty miesiąc, a Niemcy wciąż zachowują się jak państwo, które nie potrafi się zdecydować, czy chce pomagać ofierze, czy jednak bronić napastnika. Władze w Berlinie w dalszym ciągu ociągają się z dostarczaniem broni Ukrainie, są głównym hamulcowym unijnych sankcji i publicznie podważają ich sens. Postawa ta budzi rozczarowanie nie tylko w Kijowie, ale także w innych stolicach przede wszystkim Europy Środkowo-Wschodniej, która jest najbardziej narażona na agresję Kremla – pisze dla portalu PolskieRadio24 Petar Petrović.

Jeśliby patrzeć na kadencję socjaldemokratycznego kanclerza Niemiec Olafa Scholza przez pryzmat jego postawy wobec wojny na Ukrainie – to należałoby ją określić mianem tragicznej.

Niemiecki lider bowiem, pomimo tego, że w końcu wybrał się do Kijowa i mógł zobaczyć rosyjskie zbrodnie na własne oczy, nadal uważa, że wojnę na Ukrainie uda się zakończyć jedynie poprzez rozmowy z Rosją. I nie dodaje bynajmniej, że będzie to „nowa” Rosja – bez Putina, czy też przegrana Rosja, która będzie chciała poprzez negocjacje odsunąć od siebie wizję ponoszenia kolejnych strat na froncie i zachodnich sankcji. Nie chodzi mu o Rosję na kolanach, proszącą o łaskę, kajającą się za mordy, gwałty, kradzieże swoich sołdatów i wydającą swoich zbrodniarzy.

„Ruski mir” wciąż ma się dobrze

Nie. On ma na myśli obecną Rosję, którą, co prawda, mocno dotykają restrykcje, ale która wciąż posiada środki i rezerwy ludzkie do prowadzenia wojny i ratuje się podpisywaniem kolejnych kontraktów z Chinami czy Indiami na dostawy surowców energetycznych.

Rosji, w której zbrodnicza ideologia „ruskiego miru” wciąż ma się dobrze i cieszy się poparciem większości - ogłupionego przez Kreml nienawistną, sączoną od lat propagandą – społeczeństwa.

Rosji, której przywódca nie liczy się ze stratami swojej armii, który odpowiada za popełniane przez nią zbrodnie na cywilach, który jest gotowy wywołać głód na świecie i wciąż grozi rozpętaniem nuklearnej III wojny światowej.

I wreszcie – Rosji – która nie dała do tej pory ani jednego sygnału, że jest skłonna rozpocząć jakiekolwiek rozmowy pokojowe i która w dalszym ciągu chce osiągnąć swój pierwotny cel – czyli podbić Ukrainę i narzucić Zachodowi swoje reguły gry.

Berlin chce zmusić Kijów do „negocjacji”

Z taką Rosją więc kanclerz Scholz, przy poparciu wielu najważniejszych postaci w swojej rodzimej partii, chce prowadzić negocjacje. A przy tym zmusić do ich prowadzenia Ukrainę.

Dzieje się tak pomimo tego, że władze w Kijowie powtarzają, że z taką właśnie Rosją Putina nie ma sensu rozmawiać, gdyż nie można wierzyć, że dotrzyma swoich zobowiązań. A na razie nikt nie zaofiarował się też, że mógłby być gwarantem takiego „porozumienia”.

Jak można ufać zbrodniarzowi, który przecież jeszcze przed inwazją na Ukrainę miał już ręce splamione krwią niewinnych ofiar wcześniejszych rosyjskich najazdów, czy też prześladowania opozycji i niezależnych środowisk? Jak, wreszcie, można zaufać zbrodniarzowi, który przed atakiem na Ukrainę domagał się od Zachodu, by ten zaakceptował jego strefę wpływów i by NATO wycofało się z państw, które weszły w jego skład po 1997 roku. Toż to przecież absurd!

Kreml nie zadowoli się Donbasem

Absurdem jest więc również dziś wierzenie, że Putin zadowoli się Donbasem czy też innymi okupywanymi przez Rosjan terenami. Co stanęłoby mu na przeszkodzie, by po chwili, potrzebnej do regeneracji swoich sił, Moskwa zaatakowała ponownie? Powód zawsze się znajdzie. Tak jak znalazł się w argumentacji rosyjskiej propagandy obecnie – czyli mityczne „ludobójstwo” dokonywane przez „faszystów” z Kijowa w Donbasie.

Niewiarygodna wprost bzdura stworzona na użytek wewnętrzny. Bzdura pozbawiona choćby ziarna prawdy, na której mogłyby się oprzeć siły polityczne sprzyjające Rosji w różnych europejskich krajach. Ale przy tym bzdura, której kurczowo trzymają się ci Rosjanie, którzy nadal widzą w Putinie obrońcę przed całym światem, który czyha na ich kraj.

Putin zawsze z rozrzewnieniem wspominał Związek Sowiecki i utrzymywał, że upadek tego koszmarnego tworu był wielką tragedią. Rosja pod jego rządami przemieniła się w zmutowaną wersję tego zbrodniczego systemu – łączącą totalitaryzm i grozę, z parodią i absurdem – gdy znak „Z” zastępuje swastykę, a Putinowi dorysowujemy wąsik Hitlera.

Na krótkiej linii z Putinem

I pomimo tego wszystkiego kanclerz Scholz wciąż deklaruje, że będzie rozmawiał z Putinem. Tyle że on – podobnie jak Emmanuel Macron - rozmawia z nim bez przerwy i nikt nie wie, czego dotyczą te rozmowy i jakie padają na nich ustalenia.

Berlin milczy. Paryż milczy. Kreml milczy.

Żadnemu z tej trójki polityków nie zależy na transparentności. Wydaje im się chyba, że wciąż żyjemy w Europie, gdzie decyzje podejmowane są w Berlinie i w Paryżu i poprzez Brukselę narzucane pozostałym stolicom. Że nikt nie będzie pytał.

Pytania jednak padają, a Niemcy i Francja wiele tracą na swojej postawie wobec wojny na Ukrainie. Państwa te nie wywiązują się z roli, którą same sobie zaproponowały - czyli europejskich liderów. Okazuje się bowiem – jak świadczą zarówno dane i jak mówią władze w Kijowie – że największa pomoc po USA idzie z Polski, Wielkiej Brytanii i krajów bałtyckich.

Przeglądanie kolejnych statystyk – dotyczących wsparcia militarnego i humanitarnego – a także wsłuchiwanie się w polityczne deklaracje, apele i żądania – dowodzi jednego – Francja i Niemcy prowadzą wobec tej wojny swoją własną grę i tylko częściowo wypełniają rolę sojuszników Kijowa.

Już im sankcje przeszkadzają

W Niemczech zaś coraz częściej pojawiają się głosy podważające sens sankcji i rosną w siłę te, które przekonują, że jedynie negocjacje z Putinem mogą przynieść „pokój” na Ukrainie. Po prawie 150 dniach wojny Berlin wciąż ociąga się z dostarczaniem broni i przekonuje, że to nie ona wpłynie na zakończenie walk, tylko negocjacje. Najlepiej więc żeby Ukraina była bezbronna, wtedy najlepiej będzie jej się z Putinem negocjowało, prawda? 

Nasi zachodni sąsiedzi są też coraz bardziej przerażeni wizją całkowitego zakręcenia im kurka z gazem przez Rosję, a sprawa turbiny do Nord Stream 1 pokazuje, że dla własnego interesu są gotowi podważać każde sankcje.

Kreml znów bawi się kurkami

Berlin daje się podpuścić Moskwie i ulega jej szantażom. Gazprom poinformował w poniedziałek, że „nie może zagwarantować” dalszych dostaw gazu rurociągiem Nord Stream 1 klientom w Europie z powodu „nadzwyczajnych” okoliczności. A głównym klientem są Niemcy. 

Zobacz także:

Co to znaczy? To, że swój gniew z powodu problemów z energią zaczną zapewne przenosić na Ukraińców, co jest głównym celem Kremla. Bo przecież gdyby się nie bronili przed Putinem, to nie byłoby całej tej „hucpy”. Może udałoby się zadowolić cara. A tak, to trzeba cierpieć.

I, pamiętajmy, mówimy tu o najsilniejszej gospodarce europejskiej i kraju, który jest niekwestionowanym czempionem w pouczaniu i ustawianiu do pionu innych.

Miejmy nadzieję, że Niemcy jednak, zamiast obrażać się na bohaterskich Ukraińców broniących swojej ojczyzny, ale także i Europy, przed „ruskim mirem”, przewartościują swoją dotychczasową politykę i wybiją się na prawdziwą niezależność. Wtedy będą mogli, tak jak Polska obecnie, machać ręką na rosyjskie kurki.

Petar Petrović

Polecane